Nowi Klasycy w stolicy

Dom aukcyjny Art in House zorganizował już 28 Aukcji Nowej Sztuki, które cechują się dekoracyjnością oferty. Miłośnicy comiesięcznych spotkań poszukują estetycznych obrazów do salonu oraz sypialni, jednak od zeszłego roku można spróbować swoich sił, licytując na Aukcjach Klasyków Nowego Pokolenia. Katalogi „Nowych klasyków” wymagają nieco większego skupienia, cechują się nieoczywistym tematem oraz eksperymentują z percepcją widza.

Już 14 grudnia będzie miała miejsce II Aukcja Klasyków Nowego Pokolenia, w czasie której zobaczycie obrazy oraz rzeźby artystów, którzy zaistnieli na polskim rynku sztuki po 1989 roku. Wśród nich znaleźli się Katarzyna Kołtan, Grzegorz Drozd, Bartosz Kokosiński, Marcin Kowalik, Alicja Łukasiak czy Edyta Duduś. Katalog skrywa również dwie propozycje rzeźbiarskie Jacka Opały oraz Mariusza Dydo.

Przeglądając katalog, zachęcam Was do zapoznania się z biografią każdego z twórców, która przedstawi ich sukcesy oraz przybliży obszar poszukiwań artystycznych młodych artystów. Katalog możecie obejrzeć na https://www.artinhouse.pl/aukcje oraz w serwisie ISUU:

Zapraszamy!

II Aukcja Klasyków Nowego Pokolenia | 14.12.2018 | 19:30

Art in House Dom Aukcyjny | Al. Jerozolimskie 107 | Warszawa

Licytacja online możliwa za pośrednictwem portalu htttp://www.onebid.pl

Echa sztuki w sztuce, czyli o inspiracjach naszych artystów

Kto lub co inspiruje artystów współpracujących z Art in House? Jakie nurty sztuki dawnej odcisnęły piętno na ich twórczości? Która stylistyka jest im najbliższa? Zobaczcie sami:

Wojciech Brewka – Street art

Malarstwo Wojtka Brewki czerpie ze sztuki ulicy, która nie dyskryminuje żadnego odbiorcy, kusi kolorami, dostarcza czysto wizualnej przyjemności. Nam kojarzy się z przestrzenią miejską, graffiti, muralami,polemiką ze światem toczoną na ścianach budynków. Dziecięce zabawki są czasami wtłaczane w brutalny kontekst – misie Brewki bywają poturbowane, zmęczone,jakby brały udział w walkach ulicznych. A może faktycznie to robią?

Tomasz Kostecki – Art déco

Linearyzm, geometria, kult techniki. Wspaniali mężczyźni w swoich szybkich automobilach, w tle zaś modernistyczna architektura, luksusowe łódki kołysane falami, na niebie zaś dwupłatowi władcy chmur. Dzięki obrazom artysty, luksus dwudziestolecia międzywojennego mamy jak na wyciągnięcie ręki.

Katarzyna Kałdowska – William Turner

Artystka większość swojego dorosłego życia spędziła w Londynie, miała więc okazję do licznych odwiedzin Tate Britain. Duże piętno na jej twórczości odcisnęły prezentowane tam płótna Williama Turnera, jednego z najwybitniejszych malarzy wszech czasów. U Kałdowskiej fascynacja ta jest zauważalna od razu; ujawnia się w budującej kompozycję plamie barwnej,eksperymentami ze światłem, konfrontacją widza z wrażeniem nieskończoności formy.

Sylwia Perczak – Quattrocento

Quattrocento, określane przez Giorgia Vasariego jako „wiek młodzieńczy” sztuki florenckiej, powraca na obrazach Sylwii Perczak w formie onirycznej wizji utraconej sztuki. W złotej, odrealnionej przestrzeni  zawieszone są jedynie elementy renesansu: charakterystyczne ujęcia jeźdźców,twarze spod znaku pędzla Botticellego oraz motywy będące obiektem zainteresowania monachijskich znawców odrodzenia.

Emil Goś – Steampunk

Steampunk to nurt obecny głównie w literaturze popularnej,filmie i komiksie. Swoją stylistyką nawiązuje do epoki wiktoriańskiej, wieku pary, ale nie elektryczności. Twórczość Gosia osadzona jest właśnie w takim uniwersum, gdzie koła zębate są zdolne tworzyć nawet najbardziej skomplikowane mechanizmy. Jednym z nich może być nawet sowa.

Michał Janicki – barokowe weduty

Zamglone porty, wykwintna architektura, precyzyjne ujęte detale budynków – malarstwo Janickiego jest echem włoskich, flamandzkich i holenderskich realistycznych ujęć miejskich. Naturalne barwy i gra światła są stałymi elementami jego kompozycji, wszystko to okraszone świetnym warsztatem technicznym.

Borys Fiodorowicz – ikony 

Ikony mają status wyjątkowy w prawosławnej tradycji:stanowią wrota do metafizycznej rzeczywistości, są pośrednikami między obserwatorem a istotą nie z tego świata, której wizerunek oglądamy. Borysa Fiodorowicza nie nazwiemy jednak artystą konserwatywnym; jego ikony stanowią raczej żartobliwą polemikę ze wschodnią pobożnością, niż obiekt kultowy. Czy znajdziemy w nich jakikolwiek przejaw duchowości? To zależy od nas.

Różnorodna oferta Domu Aukcyjnego Art in House oraz Artinhouse.shop obejmuje zarówno obrazy do salonu i sypialni, jak i malarstwo wymagające większego skupienia.

Jeżeli w obszarze naszych zainteresowań znajdują się oryginalnie malowane obrazy na ścianę w pokoju,  Art in House przychodzi na ratunek. Odwiedźcie stronę domu aukcyjnego (https://www.artinhouse.pl) oraz sklepu online (https://artinhouse.shop) i znajdźcie to, co odmieni wasze wnętrza nie do poznania!

Kochany Mikołaju, podaruj mi dzieło sztuki!

Rynek sztuki w Polsce rozrasta się w szaleńczym tempie, toteż wybór dzieła sztuki jest wręcz nieograniczony. Jesteśmy otoczeni przez galerie, domy aukcyjne czy sklepy online, oferujące szeroki wachlarz cen. Jeżeli dopiero zaczynamy przygodę ze sztuką oraz nie jesteśmy gotowi na wydanie fortuny, warto obserwować przedświąteczną ofertę aukcyjną w sektorze tzw. Nowej i Młodej Sztuki. Znajdziemy w niej zarówno dekoracyjne obrazy do salonu, jak i prace wymagające szerszego komentarza, które jednak nie nadwyrężą naszego budżetu. W Domu Aukcyjnym Art in House znajdziemy to, czego szukamy: obrazy malowane przez wykształconych artystycznie twórców Warto również śledzić ofertę galerii online, w których – zwłaszcza w okresach przedświątecznych – natrafimy na rabaty cenowe. Jedna z nich, Art in House Shop, oferuje ponad 2000 produktów, które dodatkowo możemy spersonalizować wedle własnych preferencji (kolor, styl, technika, cena). Wizualizacje wnętrz towarzyszące każdej pracy z pewnością okażą się pomocne, wybierając obrazy do salonu czy sypialni.

Coraz bliżej święta: galerie handlowe pękają w szwach już od listopada; nerwowy tłum gorączkowo błądzi w poszukiwaniu prezentów; zaś niektórzy z nas powoli godzą się z myślą otrzymania „zestawu uniwersalnego” – skarpet i świec zapachowych. Nie oszukujmy się –  w świąteczny czas każdy z nas pragnie poczuć się wyjątkowo, dlatego cenimy prezenty od serca, dopasowane do naszego charakteru i gustu, jednym słowem: unikatowe. Dlaczego więc nie podarować najbliższym oryginalnego obrazu lub rzeźby?

Jeżeli nasz świąteczny portfel pozwala na większe zakupowe szaleństwo, zapoznajmy się z ofertą aukcji sztuki dawnej bądź współczesnej. Rynek aukcyjny w okresie przedświątecznym pęka w szwach, dlatego w pierwszej kolejności zastanówmy się nad kluczem doboru dzieła: czy interesują nas dawni mistrzowie, czy sztuka powojenna? Czy na aukcji szukamy obrazu, grafiki, rzeźby, a może instalacji? Czy jesteśmy zainteresowani artystami kanonicznymi czy takimi, którzy są mniej znani w świecie artystycznym? Możliwości jest wiele, niestety we wspomnianych sektorach sztuki musimy być przygotowani nie tylko na wydatek rzędu kilku tysięcy złotych, ale nawet na kwoty siedmiocyfrowe(obecny rekord, który padł na listopadowej aukcji w największym domu aukcyjnym w Polsce, wyniósł aż 4 000 000 złotych za „M 39” Wojciecha Fangora!).

Niezależnie od naszych artystycznych preferencji, obraz będzie prezentem doskonałym: unikatowym, trwałym, zmieniającym charakter wnętrza, sprawiającym wizualną przyjemność przez wszystkie dni w roku. Aby wybrać obrazy na ścianę naszego domu, nie musimy być ekspertami: wystarczy kierować się własnym smakiem i tym, co sprawia nam radość. Przestańmy myśleć o sztuce jako o obszarze dostępnym tylko dla wąskiego grona kolekcjonerów: coraz więcej Polaków zaprasza oryginalne obrazy i rzeźby do swoich domów, odczuwając potrzebę funkcjonowania w przestrzeni wypełnionej pięknymi obiektami.

Skusicie się na świąteczną przygodę ze sztuką? Odwiedźcie Art in House!

Edward Dwurnik, Czerwone Tulipany, 2018 (https://artinhouse.shop)

Andrejus Kovelinas, Samanta  (https://artinhouse.shop)

Renata Magda, Zamyślenie, 2017  (https://artinhouse.shop)

Sztuka jako wytchnienie – rozmowa z Michałem Zalewskim

Anita Wolszczak-Karasiewicz: Witruwiusz wpisał postać mężczyzny w dwie idealne według niego figury: kwadrat i koło. Według Pana to koło jest figurą doskonałą. Skąd ta geometryczna obsesja?

 

michal-zalewski-gold02-akrylMichał Zalewski: Drugiej idealnej figury geometrycznej też w pewnym sensie używam, gdyż każdy obraz z serii „geometal” powstał w formacie kwadratu. Wybrałem koło lub jego fragment jako akcent, ponieważ wnosi ono pewną miękkość i łagodność. Nie nazwałbym tego obsesją, po prostu taki pomysł na serię zrodził się w mojej wyobraźni i postanowiłem wcielić go w życie. W procesie twórczym przeważnie nie analizuję zbyt dużo, lecz idę za głosem intuicji, która podpowiada mi jakieś rozwiązania, określone fragmenty obrazu. Następnie wszystko to łączę w szkicach i często zmieniam już podczas powstawania pracy. Efekt końcowy jest czasem inny niż planowałem, ale zawsze muszę być z niego zadowolony, więc tworzę i zmieniam kompozycje moich obrazów aż do pełnej satysfakcji.

 

AW-K: Dlaczego nastoletni Michał Zalewski postanowił zająć się muzyką? Czym była dla Pana polska muzyka lat 90-tych, jak zmieniła się od tego czasu i czy znajduje odzwierciedlenie w Pana obecnej twórczości?

 

MZ: W wieku 12 lat postanowiłem zostać artystą. Zdecydowałem, że będę wyrażał swoją osobowość nie tylko poprzezmichal-zalewski-gold14-akryl ubiór i wygląd, a były to czasy wyraźnych podziałów na subkultury, ale również przez moją muzykę. Co prawda minęło kilka lat, zanim rzeczywiście nauczyłem się to robić, ale tak zaczął się mój kontakt ze sztuką. Towarzyszy mi ona w różnych formach do dzisiaj. Rok temu postanowiłem poświęcić się jej w całości, zrezygnowałem z pracy w dużej korporacji, ryzykując brakiem stabilizacji finansowej, zaszyłem się w swojej pracowni i rozpocząłem pracę nad serią „geometal”. Oczywiście miałem kontakt z polską muzyką, uwielbiałem Voo Voo i Lecha Janerkę, ale większość moich idoli nie pochodziło z Polski. Od lat 90-tych nastąpiła przede wszystkim zmiana w jakości produkcji muzycznej. Dogoniliśmy jakościowo zachód, a jeżeli chodzi o pomysły, to są one, moim zdaniem, na najwyższym poziomie.

 

AW-K: Na czym polega muzyczność malarskiej serii pod tytułem „geometal”? Czy muzyka stanowiła narzędzie w procesie jej tworzenia?

 

michal-zalewski-s01-14-malarstwo-olejneMZ: Przy powstawaniu całej serii towarzyszyła mi tylko jedna płyta – „Kveikur” Sigur Ross. Słuchałem jej na okrągło, a gdy próbowałem włączyć coś innego lub nie słuchałem muzyki w ogóle, to nie potrafiłem skupić się na pracy. Bez „Kveikur” te obrazy prawdopodobnie by nie powstały. Można zatem stwierdzić, że w pewnym sensie muzyka ta była niezbędnym narzędziem, inspiracją, towarzyszem.

 

AW-K: Niezależna polska scena techno – brzmi tajemniczo, osobliwie, ekscentrycznie. Proszę opowiedzieć o swoim ponad pięcioletnim doświadczeniu w muzycznym „podziemiu”.

 

MZ: Jako że ciągnęło mnie zawsze do gatunków niekomercyjnych, to undergroundowe techno pojawiło się w moim życiu również bardzo naturalnie. Poza tym scenę tę tworzyli bardzo fajni, nietuzinkowi ludzie. Z wieloma z nich mam kontakt do dziś. Techno łączyło idee wywodzące się z punka i ruchów hippisowskich. Przede wszystkim staliśmy wtedy w kontrze do wszechobecnej i masowo produkowanej muzyki komercyjnej. Sami organizowaliśmy imprezy i technivale, np. w szczerym polu, na squatach czy w opuszczonych fabrykach.

 

AW-K: Grafikę użytkową tworzy Pan w celach komercyjnych. To sztuka czy już czysty biznes?

 

MZ: To biznes, w którym próbuję przemycić jak najwięcej sztuki, ale niestety moim klientom nie zawsze to michal-zalewski-s02-05-malarstwo-olejneodpowiada. 🙂 Tak naprawdę, podczas tworzenia grafiki użytkowej trzeba najczęściej spełnić dużą liczbę warunków, więc projektant musi cały czas iść na kompromisy.

 

AW-K: Sztuka abstrakcyjna nie zawsze odcina się od rzeczywistości w sposób definitywny. Yves Klein kazał modelkom pozostawiać na płótnie kształt ich własnych ciał, Paul Klee przemycał do swoich abstrakcyjnych kompozycji elementy architektury. Czy zupełne zerwanie z zasadą mimesis jest w ogóle możliwe?

 

MZ: Artysta jest filtrem rzeczywistości – przekształca ją i przedstawia na swój sposób. Nie może tworzyć w oderwaniu od wszystkiego, dlatego myślę, że zerwanie z zasadą mimesis jest niemożliwe. Często inspiruję się zdjęciami detali nowoczesnej architektury, zdjęciami satelitarnymi obszarów zindustrializowanych czy układem ulic wielkich miast. Przekształcam kolory, dorysowuję fragmenty, powiększam, kadruję i przelewam na płótno. W poprzednich seriach obrazów jest to bardziej widoczne. Natomiast w serii „geometal” nie sięgam do tych inspiracji tak dosłownie, raczej czerpię z tego, co mam w pamięci i pozwalam mojej podświadomości podpowiadać mi rozwiązania graficzne. W zasadzie geometryczne formy, które układam warstwami na tłach, można by odczytać jako ślad wyżej wspomnianych inspiracji.

 

AW-K: Twierdzi Pan, że w swojej twórczości postawił Pan na proste elementy i zredukowane kolory,michal-zalewski-silver01-akryl ponieważ współczesny człowiek jest otoczony dużą ilością bodźców wizualnych. W jaki sposób przyciągnąć wzrok widza do „nienachalnej” sztuki, kiedy zalewa go fala „nachalnych” form?

 

MZ: Moim celem w tej serii obrazów było stworzenie czegoś, przy czym raczej się odpoczywa, czegoś co nie wywołuje skrajnych emocji i nie męczy optycznie odbiorcy.

 

AW-K: Jak osiągnąć nastrojowość, posługując się jedynie formami abstrakcyjnymi?

 

MZ: Formy abstrakcyjne tworzą kompozycję, która w połączeniu z kolorem może już zbudować nastrój. Okręgi wprowadzają łagodność, ostre wielokąty trochę niepokoju, dynamizm. Powtarzanie pewnych elementów to rytm z moich inspiracji muzycznych. Pomimo ograniczonego świadomie arsenału środków próbuję zawrzeć w obrazach emocje i wizje mojej podświadomości.

 

michal-zalewski-s01-13-malarstwo-olejneAW-K: Jakie miejsce w procesie twórczym zajmuje rysunek? Czy Pana odpowiedź na to pytanie będzie miała coś wspólnego z edukacją we Wrocławskiej Szkole Rysunku?

 

MZ: Rysunek najczęściej przydaje się przy tworzeniu szkicu. Rysunek węglem to moja druga miłość, dla której teraz niestety nie mam czasu, ale wierzę, że kiedyś stworzę serię prac wykorzystującą to medium.
AW-K: Przygotowuje się Pan właśnie do indywidualnej wystawy w warszawskiej galerii officyna art & design. Czego Widz może się spodziewać oglądając Pana ekspozycję?

 

MZ: Wydaje mi się, że odpowiedzi na to pytanie udzieliłem. Moim celem w tej serii obrazów było stworzenie czegoś, przy czym  się odpoczywa, czegoś co nie wywołuje skrajnych emocji i nie męczy optycznie odbiorcy.

 

AW-K: Dalsze plany Michała Zalewskiego to… ?

 

MZ: W tym momencie jest szansa na kolejną wystawę indywidualną za granicą, ale nie chcę mówić nic więcej, żeby nie zapeszyć.

 

michal-zalewski-s01-01-malarstwo-olejne

Pędzlem i gitarą. Rozmowa z Wojtkiem Więckowskim

120x160 Akryl i Monotypia na Płótnie 2017rAnita Wolszczak-Karasiewicz: Sztuka współczesna w coraz większym stopniu anektuje przestrzeń, wykorzystuje nowe media, angażuje widza, staje się widowiskiem. Czy nadchodzi koniec tradycyjnego obrazu na płótnie?

Na pewno nie. Choć tradycyjne techniki może mają mniejszą obecnie siłę przekazu w sensie komentowania polityki czy tematów społecznych, to zawsze będą i uprawiane i kolekcjonowane. Tak jak filharmonie zawsze będą pełne, a w muzyce rozrywkowej format barda śpiewającego piosenki z gitarą akustyczną zawsze będzie komunikatywny i potrzebny. I co więcej, nie muszą wcale być odbierane jako passe. Osobiście lubię z dziełami sztuki przebywać. W podobny sposób jak lubię w teatrze patrzeć i myśleć, zamiast być wciąganym w interakcję czy zostać czymś oblanym w celu spowodowania u mnie pozornie większych emocji. Nie lubię cyrku. Nie potrzebuję być szokowany prymitywnymi zagrywkami. Choć oczywiście powstaje bardzo dużo interesujących instalacji przy użyciu cyfrowych mediów, to na zawsze pozostanę fanem na przykład akustycznie brzmiącej wiolonczeli, z którą wybitny muzyk może zrobić cuda. Podobnie jest z klasycznym malarstwem na płótnie czy z rzeźbą. To zawsze działało i zawsze będzie działać. Tak jak zawsze ilość zabiegów przy użyciu farby aplikowanej na płótno i ilość opowieści, które można w taki sposób przedstawić, będzie nieskończona. Ode mnie i od artystów, którzy tworzą w ten sposób, zależy, aby tak właśnie było. I podoba mi się to wyzwanie. Jest w malarstwie na płótnie jakaś wieczność i szlachetność. Mody czy trendy pojawiają się i znikają. Jazda nowiutkim motocyklem jest oczywiście bardzo przyjemna, ale galop na końskim grzbiecie przez las jest doświadczeniem dużo bogatszym. Tak ja to widzę.

Kiedy możemy powiedzieć o twórcy, że jest artystą intermedialnym?

Artysta intermedialny to taki, który szuka dla swojej sztuki różnych kontekstów lub/i posługuje się wieloma 8-1środkami wyrazu. Który o swoim świecie potrafi opowiedzieć na różne sposoby. W moim przypadku jest to szukanie kontekstu dla muzyki w malarstwie i odwrotnie. Proponując widzowi projekcję multimedialną zmontowaną z makro ucięć moich prac i grając do niej improwizowany koncert na gitarze, mogę spowodować, że na temat tych samych obrazów, które wiszą na ścianie, opowiadam nowe historie. Pojawiający się na ekranie kadr i sposób, w jaki przenika się z poprzednim, może zdeterminować to, co akurat zagram. Poprzez intermedialność takiego wstępu do wernisażu staram się zatrzymać widza i opowiedzieć mu o swoim świecie za pomocą muzyki, obrazów na płótnie i projekcji wideo. Posadzić go na krzesełku wśród innych gości i, zanim wda się w dyskusję lub przejdzie po wystawie, w intymnej atmosferze poprowadzić go koncertem po mojej, jak to nazywam, abstrosferze. I to jest akurat moja bardzo osobista wypowiedź. Kiedy indziej, gdy komponuję muzykę do spektaklu teatralnego czy gram na slamie poetyckim, podczas jakiegokolwiek, szeroko rzecz ujmując, performance’u, mam wpływ na to, co dzieje się na scenie, jak zagrają aktorzy, czy jak poeta poda tekst. Mam także pewne doświadczenie z pracy jako lektor, dźwiękowiec, operator kamery, copywriter, montażysta. Miałem szczęście zajmować się różnymi twórczymi rzeczami. To wszystko powoduje, że potrafię na sztukę spojrzeć z wielu perspektyw.

Temat związku muzyki i sztuk plastycznych stanowi wręcz topos XIX wiecznej myśli estetycznej. Czym jest sztuka dla muzyki, a czym muzyka dla sztuki? Czy posiadają wspólny korzeń?

Czasem w przyrodzie można zaobserwować, jak gałęzie dwóch gatunków drzew oplatają się wzajemnie lub jak jedno drzewo dosłownie wyrasta z pnia innego. W moim świecie wspólny korzeń dla tych dwóch dziedzin stanowi potrzeba wyrażania emocji. To języki, którymi posługuję się biegle i dzięki temu, że są, mogę dzielić się historiami, które nie sposób opowiedzieć słowami. Kiedy patrzę na obraz, on w jakiś sposób gra. Z podziwianiem przyrody czy zwykłym gapieniem się na pociągi jest podobnie. Tak już mam, taki filtr patrzenia na rzeczywistość. W mojej głowie natychmiast pojawiają się dźwięki, melodie, harmonie. Obraz wzbudza we mnie drganie, jakąś częstotliwość, którą w intuicyjny sposób mogę przenieść na język muzyki. Dlatego często obrazy stanowią dla mnie niejako partyturę, partyturę malarską. Kiedy gram koncert, staram się nie myśleć w jakiś bardzo logiczny sposób o kolejnych dźwiękach, które mam zagrać, czy pasują do tej czy innej skali. Trudno to wytłumaczyć, ale staram się myśleć obrazami, strukturami, kolorami, fakturą, rozlewającą się farbą. Bynajmniej jednak nie chodzi o to, by nadać obrazowi większą wartość czy jakkolwiek uzupełnić jego znaczenie poprzez muzyczną opowieść o nim. One funkcjonują osobno. Ale przy spotkaniu wytwarza się, hmm…. może synergia właśnie.

Czy muzyka intuicyjna ma coś wspólnego ze spontanicznym action painting?

Bardzo wiele. Właściwie formuła grania improwizowanych koncertów i action painting polega w moim odczuciu na tym samym. Muzyka improwizowana jest spontaniczna, a technika action painting jest intuicyjna. To strumień świadomości wyrażany za pomocą instrumentu lub farby. Szybko zrozumiałem jednak, że zarówno przy graniu, jak i malowaniu, nie ma miejsca na nonszalancję. Każdy zabieg jest istotny. Wymaga to, wbrew pozorom, dużej uważności, skupienia. Odpowiedniego stanu umysłu i ducha. Tylko z takim nastawieniem mogę powiedzieć, że biorę pełną odpowiedzialność za efekt końcowy.

Mieszkał Pan na trzech kontynentach, w sześciu różnych krajach – Polsce, Niemczech, Francji, USA, Anglii, Australii. Które z tych miejsc oferuje najlepszą artystyczną „infrastrukturę”?

120x160cm Akryl i Monotypia na Płótnie 2017rNa to pytanie odpowiem z bardzo subiektywnego punktu widzenia. Z poziomu artysty już nie początkującego, ale jeszcze nie wielkiego i sławnego. I odpowiem być może przewrotnie, ale najlepiej mi w Polsce. Na Zachodzie droga do galerii i przestrzeni, proszę wybaczyć takich „fancy” czy „posh”, jest bardzo długa. Trzeba albo mieć bardzo szerokie koneksje albo mnóstwo pieniędzy, albo być już bardzo uznanym artystą, a przede wszystkim trzeba bardzo długo czekać. I jest oczywiście wiele miejsc, w których zbiera się środowisko, miejsc, w których przestrzeń wystawiennicza jest zaimprowizowana, klubów z galerią „przy okazji”, no i jest cały lokalny underground. Są oczywiście fundacje, stowarzyszenia itd., które organizują zbiorowe wystawy w eleganckich miejscach, jednak mnie przede wszystkim interesowały zawsze sytuacje raczej solo. Trudno mi też było odnaleźć się w świecie instytucji, grup, stowarzyszeń i działać w ich strukturach. Jestem trochę wilkiem stepowym, co z jednej strony bardzo sobie cenię, a z drugiej oczywiście powoduje to pewne utrudnienia.

Wszędzie gdzie mieszkałem lub przebywałem, byłem po prostu za krótko, żeby wyczekać swoje miejsce w kalendarzu galerii. I nawet jeśli moja propozycja spotykała się z zainteresowaniem, to dostawałem potencjalny termin za dwa lata. Dlatego w Berlinie otworzyłem swoje miejsce i już :). W Polsce odniosłem wrażenie, że jest mi lepiej. Kiedyś mimo silnego przekonania, że chcę zamieszkać na stałe w Stanach, Niemczech czy Francji, zawsze tu wracałem. Zawsze mnie tu coś ściągało i były to zawsze możliwości artystycznego rozwoju. Myślę, że z racji tego, że rynek sztuki jest jeszcze bardzo młody i boom na sztukę jeszcze przed nami, w wielu miejscach ludzie naprawdę bardzo się starają, jest dużo zapału i chęci zorganizowania ciekawego wydarzenia. Galerie i miejsca, w których proponuję swoją wystawę z koncertem solo, przyjmują to z dużym entuzjazmem. Powstaje dużo nowych miejsc, które właśnie wyglądają jak te „fancy”, a wcale nie są tak niedostępne, wiele jest wyremontowanych lub zaadaptowanych na przestrzeń wystawienniczą ze środków, które pojawiają się z Unii czy innych programów rozwoju kultury dopiero teraz. Na przykład kilka lat temu miałem wystawę w Kleszczewie, małej wsi w Wielkopolsce, gdzie postawiono przepiękny kameralny i nowoczesny ośrodek kultury. W pawilonie Nowej Gazowni w Poznaniu dwa lata temu udało się zorganizować wspaniałą imprezę, gdzie na wernisaż przyszło mnóstwo osób, wystawionych zostało ponad 30 moich obrazów, był ogromny ekran i super nagłośnienie. Bo gonimy oczywiście Zachód i teraz jest ten moment, kiedy to, co tam jest już od dawna, tutaj się wydarza dziś i jest teraz na to dobry czas. Tym bardziej że w świadomości Polaków, i to nie tylko tych bardzo zamożnych, zaczyna wytwarzać się już potrzeba i nawyk nie tylko otaczania się sztuką, ale także inwestowania w nią. Ponadto wierzę, że dzięki wielu sukcesom polskich artystów na świecie, świat spogląda też w naszą stronę.

Do tego mam jeszcze jakieś poczucie misji, że chcę robić swoje w Polsce. Mieszkam w Warszawie i tutaj pracuję. Odpowiada mi energia stolicy, nastawienie wielu ludzi do różnych działań. Scena muzyki niezależnej jest mocna, a świat galerii jest już od jakiegoś czasu w rozkwicie. Z tego co dzieje się na świecie, zobaczyłem dużo i stosunkowo wcześnie i czuję, że tutaj udało mi się stworzyć komfortowe warunki do dalszego rozwoju. Tutaj buduję swoją markę i stąd mogę wyjeżdżać na zagraniczne wystawy czy targi sztuki.

Skąd pomysł na wykorzystanie techniki monotypii w Pana twórczości?

To bardzo wyjątkowa technika. Pierwszego dnia, kiedy ją poznałem w szkole średniej, poczułem, że jest mi z jakiegoś 2.44-Akryl-i-Monotypia-na-Płótnie-100x40cm-2017r.powodu bliska. Podobnie zresztą było z techniką slide na gitarze. Monotypia sprawia wiele niespodzianek, daje dużo od siebie. Poprzez proste zabiegi można szybko uzyskać fascynujące rezultaty. I choć ciekawe efekty powstają nawet podczas zabawy, to prawdziwy jej potencjał można odkryć dopiero po latach pracy. Udało mi się technikę monotypii okiełznać, wykonywać odbitki bardzo precyzyjne, a jednocześnie, kiedy tego potrzebuję, pozwalam się zaskoczyć. Monotypia nadaje pracom malarskim rysunkowy charakter, co bardzo lubię. Wprowadza swoistą surowość i tajemnicę. Bo ta czerń jakaś czarniejsza, bo trochę jak smoła, bo trochę jak piórkiem, ale jednak trochę inaczej… No i to odbitka, więc pięknie mi się to składa z moim ulubionym efektem gitarowym czyli reverse. Wszystko ma sens. Interesują mnie techniki, z którymi można prowadzić dialog. Które są pociągające od technologicznej strony. Kiedy po drodze do uzyskania pożądanego efektu można się czegoś od nich nauczyć. Wzbogacenie odbitek z tej czarnej, gęstej farby drukarskiej o kolor, przy użyciu farb akrylowych, wydało mi się ciekawym wyzwaniem. Podobnie jak przeniesienie tej techniki z papieru na płótno.

Pana edukacja artystyczna rozpoczęła się bardzo wcześnie – już w przedszkolu plastycznym. Czy spotkanie ze sztuką w tak młodym wieku rzutuje postrzeganie rzeczywistości w inny sposób, niż u rówieśników?

W zwykłym przedszkolu bardzo się nudziłem. Wręcz cierpiałem, dlatego szybko mnie stamtąd rodzice zabrali. W CK Zamek były zajęcia dla dzieci o profilu plastycznym i tam właśnie mnie, że tak powiem, umiejscowiono. Tam zresztą spotkaliśmy się z Frankiem Orłowskim, który od lat odnosi wielkie sukcesy w świecie sztuki. Potem spotkaliśmy się znów w liceum plastycznym. W szkole podstawowej byłem chyba jedynym chłopcem, który miał zainteresowania plastyczne. Nie przypominam sobie też nikogo, kto słuchałby podobnej do mojej ulubionej muzyki. Słuchałem brytyjskiego rocka z lat 60-tych i 70-tych, amerykańskiego bluesa itd. I choć nie byłem uważany za dziwaka i miałem dobre stosunki z kolegami z różnych bardzo środowisk, to do żadnej, powiedzmy, bandy nie należałem. Miałem swój świat, swoje marzenia i swoje sprawy. Widziałem w tym sens i postanowiłem się tego trzymać, urządzać się w swoim świecie na własnych zasadach. Kiedy czytałem potem „Dzieciństwo czarodzieja” Hermanna Hessego, zdałem sobie sprawę, że wiele fragmentów tego utworu mógłbym użyć do opisania swojej wczesnej młodości. Rysowałem bardzo dużo i z dużym zaangażowaniem w zeszytach i na szkolnych ławkach. Postaci z komiksów, świata fantasy. Rodzice, widząc mój zapał, zaopatrzyli mnie w zestawy porządnych ołówków, węgiel, sangwinę, bruliony z papieru czerpanego. Gdziekolwiek jechaliśmy z rodziną, zawsze miałem ze sobą przybory do rysowania i… piłkę do koszykówki. Był taki moment, że na poważnie myślałem o tym, żeby zostać się profesjonalnym zawodnikiem. Były zresztą ku temu dość sensowne przesłanki. Grałem w klubie, skauci na jakimś turnieju mnie wypatrzyli i proponowali przejście do ich klubu. „Zrobimy z ciebie zawodnika” – mówili. Ale to już był czas tuż przed liceum i moje zainteresowania oraz potem środowisko w naturalny sposób mnie do sportu zdystansowały. Wcześniej jednak w podstawówce o ogólnym profilu, mając może 11 czy 12 lat ,wraz z moim przyjacielem, Markiem Polaszewskim, który teraz jest operatorem w BBC, zapisaliśmy się do klubu filmowego AWA w CK Zamek. Jako dzieciaki kręciliśmy kamerą 8mm pierwsze filmy krótkometrażowe, pisaliśmy scenariusze, uczyliśmy się montażu na analogowym stole, jeździliśmy na festiwale po całej Polsce i na obozy filmowe. Poznałem wielu twórców kina profesjonalnego i amatorskiego. Zatem jakoś zawsze żyłem w świecie kreacji obrazu i opowiadania nim historii. Ponadto kiedy w wieku 10 chyba lat ojciec zabrał mnie na koncert Deep Purple do poznańskiej Areny, zapragnąłem także, że któregoś dnia wystąpię na dużej scenie z całym tym nagłośnieniem, światłami i zespołem za moimi plecami.

Czy akademicka edukacja w zakresie sztuki ma sens w obecnych czasach, kiedy artysta jest nieskrępowany zasadami formalnymi?

2.-10.08-120x140cm-2016r.-Akryl-i-Monotypia-na-Płótnie-Na pewno ma sens. Podobno stary akademizm już nie istnieje. Profesorowie patrzą na to, co student potrafi, szukają jego mocnych stron i próbują z niego wykrzesać to, co najlepsze. Przynajmniej tyle wiem od moich znajomych po Royal Academy of Arts w Londynie. Trudno mi też mówić i uczciwie oceniać sensowność sytuacji, w której nie wziąłem udziału. Mogę jedynie powiedzieć, że jako młody, wrażliwy człowiek zraziłem się i wziąłem bardzo do siebie sytuację na plenerze w ostatniej klasie liceum, kiedy to przygotowywałem swój aneks z malarstwa i właśnie jeden z profesorów ASP cały mój plan monochromatycznych, z czerni wychodzących, bardzo rysunkowych aktów w 5 minut szerokim pędzlem zamalował ultramaryną i powiedział: „no, teraz jest dobrze”. Na egzaminy do ASP, mimo iż papiery złożyłem, nie dotarłem, bo grałem na jakimś festiwalu z moim zespołem. A rok później grałem bluesa w teksańskich klubach. Miałem dość szkoły po pięciu długich latach liceum. Byłem bardzo niepokorny i sprawiałem w szkole średniej sporo kłopotów wychowawczych. Buntowałem się i robiłem wszystko na odwrót. Oczywiście w moim rozumieniu było to jedynym słusznym i postępowym nastawieniem, a próby utemperowania mojego charakteru przez profesorów odbierałem jako zabijanie mojej odrębności i podcinanie skrzydeł. Zupełnie nie wyobrażałem sobie dalszej edukacji w takiej formie. Oczywiście teraz, po latach, trochę inaczej na to patrzę i moje relacje z profesorami są w porządku, kiedy spotykamy się chociażby na zjazdach. Jednak bez względu na to jak potoczyłaby się moja droga, gdybym na akademię poszedł, bez zmian pozostaje moje nastawienie do tego, że najważniejsza jest autonomiczność, swoboda i szukanie własnego języka artystycznej wypowiedzi w oparciu o doświadczenia i własny pomysł, co z tymi doświadczeniami zrobić. I nawet jeśli kogoś próbuje się formatować lub mówić, co jest złe, a co dobre, co wolno, a co nie, w artyście musi być bunt i potrzeba eksperymentu. Istotne jest jednak poznanie warsztatu w stopniu możliwie jak najlepszym i konfrontacja z doświadczeniem starszych kolegów-profesorów. Choć nie obserwuję większych utrudnień związanych z brakiem dyplomu wyższej uczelni artystycznej, bo mój profesjonalizm od strony formalnej został zweryfikowany przez dwa największe stowarzyszenia w Polsce ZPAP i ZPARP, których jestem członkiem, to na pewno studenci czy też absolwenci tychże sprawniej mogą się orientować w możliwościach pozyskiwania grantów, konkursach, zbiorowych wystawach, wyjazdach chociażby na rezydencje itd. Ale oczywiście mogę się mylić. W dużej mierze jestem samoukiem i wiele nauczyłem się podpatrując artystów na całym świecie, poprzez rozmowę, przebywanie w ich pracowniach, dzielenie się doświadczeniami. Taką sytuacją był chociażby kilkutygodniowy pobyt i praktyki w pracowni Tomasza Sętowskiego jakoś w połowie liceum. Dostałem wówczas liczne narzędzia i wiedzę praktyczną, którą wykorzystuję do dziś. Lubię dochodzić do tego, co chcę osiągnąć własnymi ścieżkami. Polegając w równym stopniu na intuicji, co na umiejętnościach technologicznych. Sprawia mi to dużo większą satysfakcję i czystą radość. Nie wydaje mi się, o ile dobrze pamiętam, żebym w szkole pracował z takim zapałem jak teraz. Ale nie mnie to oceniać, czy system jest zły czy nie. Każdy ma swój rozum i robi z nim to, co chce.

Wśród swoich muzycznych inspiracji wymienia Pan amerykański folk. Skąd ten wybór?

Pokolenie dorastające w latach 80-tych i 90-tych w pewnym sensie wychowane jest na kulturze amerykańskiej. W dużej mierze poprzez tamtejszą kinematografię czy muzykę. Pamiętam, że jako dziecko zachwycałem się westernami. Może nie ze względu na tę całą absurdalnie przedstawianą walkę dobrych kowbojów ze złymi Indianami, ale raczej na to jak ukazywana była tam przyroda w połączeniu z muzyką o tym charakterystycznym brzmieniu. Pomarańczowo-żółty pustynny pejzaż, wyschnięte trawy, stepy, kaktusy, węże, ognisko, konie i brzmienie Fendera Telecastera lub gitary akustycznej stanowiły dla mnie coś nieskończenie pięknego. Napisałem później o tym wiele piosenek. Kiedy pierwszy raz obejrzałem film „Paris Texas”, do którego ścieżkę dźwiękową skomponował Ry Cooder, grając na akustycznej gitarze proste tematy techniką slide, od razu to arcydzieło jako całość stało się dla mnie czymś wręcz totemicznym. Mitologią. I tak jak na wylot znam już cały dorobek Wima Wendersa i sporo wiem o Ameryce, tak sądzę, że właśnie klucz tkwił w tym, że to Europejczyk w taki właśnie, a nie inny sposób opowiedział tę historię. Brzmienie gitary slide trafiło w mój bardzo czuły punkt. Wiedziałem, że muszę zrobić wszystko, żeby stać się mistrzem tej techniki i uczynić z niej mój znak rozpoznawczy. To było dla mnie coś bardzo oczywistego. Na szczęście był to czas, kiedy internet był już powszechnie dostępny, bo płyty z muzyką, która mnie interesowała, były właściwie nieosiągalne. Grzebałem w korzennej muzyce bluesowej z Delty Mississippi, country, folku, bluegrass, słuchałem internetowych stacji radiowych z USA. Było w tej muzyce coś surowego, nieokrzesanego, naturalnego i pięknego. Prości ludzie, którzy często nie umieli czytać ani pisać, grali muzykę, która sprawiała, że leżałem na podłodze i płakałem. Nagrałem kilka bluesowych płyt, miałem wielką przyjemność grać z mistrzami tego gatunku, a także boogie-woogie, country, słowem, całego tego folku w Niemczech i Stanach. Kiedy po latach grania poznałem muzykę gitarzysty Billa Frisella, który przeniósł amerykańską muzykę folkową w świat jazzu, otwartej formy, improwizacji itd., wówczas odniosłem wrażenie, że oto jest człowiek, który gra muzykę doskonałą. Zawierającą w swoim brzmieniu, kompozycji i podejściu wszystko to, co kocham. I kiedy niebezpiecznie zbliżyłem się do momentu wręcz naśladownictwa Billa Frisella, zetknąłem się ze światem ambientu i wolnej improwizacji, co rozszerzyło mój punkt widzenia i sposób myślenia o muzyce w ogóle. Dziś, mimo iż od dawna nie gram już folku w, nazwijmy to, czystej postaci, dalej w mojej grze słychać gdzieś ten kolor amerykańskiego południa, zapach spalonej słońcem autostrady z żółtymi pasami i spękanej ziemi, gdzie przeciąga się samogłoski pijąc taniego bourbona.

Czy styl pańskiego malarstwa jest już skrystalizowany czy może nadal szuka Pan nowych rozwiązań formalnych?

Mój styl od samego początku kształtuje się w oparciu o formalne eksperymenty łączenia monotypii z 8.02-Akryl-i-Monotypia-na-Płótnie-120x140cm-2017r.technologicznymi zastosowaniami przemysłowych farb akrylowych. Sytuacja, w której na różne sposoby, przy użyciu tych środków opowiadam różne historie, mam nadzieję, utrzyma się do końca moich dni. Mimo iż moje wczesne prace różnią się od tych, które powstały chociażby w zeszłym tygodniu, to jednak mam przeświadczenie, że mają one ze sobą wiele wspólnego. W chwili obecnej czuję, że znalazłem pewien klucz. Klucz polegający na wykorzystaniu całego mojego doświadczenia w malowaniu czystych abstrakcji, action painting itd., w połączeniu z pewną jednak figuratywnością. Jakiś czas temu zaczęły pojawiać się formy, nieprzedstawiające oczywiście niczego znanego. To styl polegający często na zestawianiu ze sobą bardzo skrajnych zjawisk, jak chociażby fascynacji secesją połowy ostatniego dziesięciolecia XIX wieku, secesją wiedeńską, a także ekspresjonizmem abstrakcyjnym z połowy wieku XX i całą awangardą nowojorską, pędzlem czy piórem japońskich mistrzów czy komiksową kreską Simona Bisleya, chiaroscuro Caravaggia, z estetyką Hansa Gigera. Sądzę zatem, że znalazłem swój własny styl, coś, co stało się rozpoznawalne. Maluję teraz każdy obraz dużo dłużej. Jest bardzo wiele precyzyjnej pracy pędzlem, a nie już tylko wałkiem, szpachlą, zraszaczem itd. Sprawia mi to całe mnóstwo satysfakcji, jest więcej skupienia i rysowania monotypią. I choć styl może być rozpoznawalny, uważam, że założeniem powinno być to, aby każdy kolejny obraz był inny, lepszy od poprzedniego. Zawsze trzeba szukać czegoś nowego. To jedyna droga, aby nie stać się niewolnikiem własnej techniki czy stylu.

Ile wysiłku kosztuje tworzenie otoczki marketingowej wokół dzieła? Czy jest to dla artysty działanie absorbujące i odciągające uwagę od pracy twórczej?

Oczywiście wszystko zależy od tego, na jakim etapie rozwoju lub, nazywając to inaczej, kariery się jest. Idealną sytuacją jest taka, kiedy malarz zamknięty w atelier pracuje nad kolejnym płótnem z przeświadczeniem, że kolekcjonerzy już czekają w kolejce i żadna promocja czy to w mediach społecznościowych czy w innych nie jest już specjalnie potrzebna. Wszystko zależy także bardzo od tego, jak bardzo artysta swoim życiem artysty przed 80x120cm-2016rosiągnięciem szerokiej popularności chce żyć. W moim rozumieniu, częścią mojej pracy na tym etapie, na którym teraz jestem, jest szeroko rozumiana promocja tego, czym się zajmuję. Moim zadaniem jest poinformowanie świata o swojej obecności poprzez sztukę, która wychodzi z mojej pracowni. Jednak nie poprzez nachalny marketing czy spam. Myślę, że warto wykształcić w sobie przekonanie, że jest się potrzebnym społeczeństwu. Potrzebą artysty powinno być w możliwie elegancki i godny sposób społeczeństwu się objawić. Jest to niezwykle istotne, tak jak istotne jest to, żeby nie zachwiać równowagi i zdrowych proporcji między promocją a samym działaniem twórczym. Niestety często mamy do czynienia z sytuacją, kiedy jakiś fenomen staje się popularny, ale jednocześnie nie niesie to za sobą żadnej konkretnej wartości. Promocja nigdy nie może być ważniejsza od istoty samej sztuki. Jednak, odpowiadając na pytanie wprost, to tak, jest to bardzo absorbujące i niekiedy tworzenie otoczki marketingowej, nawet jeśli ma się we własnym otoczeniu osoby do pomocy, jest często jak drugi, pełny etat. I to z nadgodzinami. Nie ma w tym żadnej przesady. Nie będzie też żadnej przesady w tym, jeśli powiem, że znając termin najbliższej wystawy wiedziałem, że obrazy, które zechcę zaprezentować, powinny być ukończone najpóźniej dwa tygodnie przez wernisażem. W chwili kiedy rozmawiamy, został tydzień do otwarcia i od 7 dni nie zajmuję się niczym innym, jak rozsyłaniem zaproszeń, spotkaniami, organizacją, telefonami i mailami, wywiadami oraz wszelką inną promocją we własnym zakresie, która ma sprawić, że wystawa zakończy się sukcesem. I choć nie ma czasu ani na sen, ani na regularne posiłki, ani na rozrywki, spotkania towarzyskie i nawet brakuje go dla najbliższych, to nie narzekam. Mam pełną świadomość tego, w jakiej branży funkcjonuję i wiem, dlaczego tak warto o tę promocję dbać. Nie ma w tym nic złego. Tak jak wspominałem, mimo iż galeria officyna art & design, patroni medialni, Dom Aukcyjny Art in House, jak i ludzie, którzy na różne sposoby starają się mnie wesprzeć, robią świetną robotę przy promocji i produkcji takiego wydarzenia, jakim jest wernisaż, to osobiście, mając doświadczenie z przeszłości, kiedy pracowałem jako promotor, organizator lub koordynator koncertów czy innych imprez, z automatu czuję, że jest moim obowiązkiem dużą część z tych działań zrobić samemu i wszystkiego dopilnować. Oczywiście pracowanie nad promocją siebie samego często jest niewygodne, mnie to nawet czasem wręcz żenuje, ponieważ nie mam dystansu do tego, co robię, to jest cały mój świat. Coś najważniejszego, bezcennego i naprawdę trudno o tym mówić jak o produkcie czy usłudze. Ale wierzę, że można to rozegrać na tyle elegancko, żeby pozostać w tym wszystkim autentycznym. Spore trudności często sprawia to, że z oczywistych powodów działania marketingowe prowadzone przez samego artystę są nieudolnie, bo nikt go tego nie nauczył. Wówczas łatwo o szereg bardzo niepożądanych zdarzeń z cyklu: nie potrafię zorganizować sobie wystawy, a jeśli już, to nikt nie przyjdzie, coś jest nie tak, moja sztuka jest beznadziejna, sam jestem beznadziejny, nie mam środków na kolejny blejtram czy farby, o czynszu nie wspominając i wytwarza się zamknięty krąg niemożności, który bardzo szybko i bardzo niebezpiecznie się nakręca. Sam przechodziłem przez to wielokrotnie. Aż strach pomyśleć, ile wspaniałych, wrażliwych umysłów i osobowości w ten sposób nigdy nie dotarło do szerszej świadomości społeczeństwa z tym, co mieli do zaoferowania. Znam też wielu wspaniałych muzyków i artystów, którzy z miejsca zakładają, że „ja się tym zajmować nie będę i nie umiem”. Szkoda, bo czasem znamy się już 15 lat i widzę, że są dalej w tym samym miejscu, mimo ogromnego talentu. Reakcja na działania marketingowe daje dużo wiary w to, że to wszystko ma sens. Feedback jest niezwykle potrzebny. Nawet każdy, pojedynczy „like” na facebooku pod umieszczoną fotografią nowego obrazu jest czymś bardzo, bardzo ważnym i znaczy dla mnie naprawdę dużo. Daje mi to poczucie, że w gruncie rzeczy wiele osób czeka na taki wernisaż, że ma ochotę przyjść, spotkać się z artystą lub ludźmi, którzy z jakiegoś powodu tam dotrą. Sam wiem, ile wspaniałych wydarzeń, które potencjalnie mogły mnie zainspirować lub wzbogacić, ominęło mnie tylko dlatego, że nie były odpowiednio wypromowane i nic o nich nie wiedziałem. W tak dużym mieście, przy takiej ofercie kulturalniej, jakim prawem mam rościć sobie pretensje względem sytuacji, że moje malarstwo nie cieszy się należytym zainteresowaniem, skoro nie zrobiłem wystarczająco dużo, aby ktokolwiek miał świadomość, że mój wernisaż czy koncert mają się odbyć. Tak jak przygotowania do przystąpienia nad nowym obrazem czy do sesji nagraniowej wymagają przygotowania narzędzi czy instrumentu, tak jak wyjazd konno w teren wymaga przygotowania konia i jego rzędu i pozornie nie są to zbyt fascynujące czynności, to jednak są częścią większego planu. Należy pamiętać, że każda z tych części jest równie istotna co efekt końcowy. Wszystko jest ważne i wszystko ma znaczenie. A największą nagrodą po zakończeniu całej tej marketingowej zabawy jest moment, kiedy zmęczonym, ale szczęśliwym można spokojnie wrócić do pracy nad kolejnym obrazem.

Kolejnym krokiem w artystycznej karierze Wojtka Więckowskiego będzie…?

Póki co najważniejsza jest wystawa w officynie :). Mimo wielu emocji, które zawsze towarzyszą mi tuż przed wernisażem, jestem jednak spokojny, bo atmosfera tego miejsca, jak i ludzie tam są wspaniali. Wszystko wskazuje na to, że będzie to bardzo udana wystawa. Mam kilka ważnych kroków do wykonania w najbliższej przyszłości. Ale żeby nie wpędzić się w pułapkę i nie mówić o marzeniach, skupię się na celach. I to celach, których realizacja jest na zaawansowanym etapie. Po pierwsze – olej. Stęskniłem się za olejami. Mam już bardzo konkretny pomysł na połączenie akryli, monotypii i malarstwa olejnego. Bardzo rzadko się to spotyka, ale dla mnie jest to krok dość oczywisty. Ten pomysł jest już w trakcie realizacji i premiera najnowszych prac w tej właśnie formie będzie miała miejsce na międzynarodowych targach sztuki w Barcelonie w grudniu tego roku. Od kilku miesięcy trwają już także zaawansowane rozmowy w związku z udziałem w innych światowych imprezach targowych z ramienia kilku europejskich galerii. Na mojej stronie internetowej wkrótce powinny pojawić się szczegóły. Ponadto w przyszłym roku ukażą się wydawnictwa muzyczne z projektami, których jestem współtwórcą. Gotowe są już nagrania solo, w kwintecie, z orkiestrą, a do końca roku będą ukończone nagrania w trio i w kwartecie. Podobnie jak na początku tego roku, także w przyszłym planowane jest już tournée z międzynarodową produkcją teatralną, do której stworzyłem muzykę. Ostatnimi laty udało mi się sporo zasiać w różnych miejscach. Przyznam, że co roku to, co jeszcze w poprzednim wydawałoby się leżeć w sferze marzeń, w kolejnym jest już bardzo namacalne i realne. Wiele kluczowych spraw odbywa się według bardzo sensownie nakreślonego planu. Mam wokół siebie ludzi, którym ufam i którzy doskonale wiedzą, co robią. Proszę mi wierzyć, że po latach wielu różnych doświadczeń wiem, co mówię. Jednak cokolwiek by się nie działo, każdego dnia, kolejny krok jest taki, żeby z każdą podejmowaną akcją świadomie stawać się lepszym artystą. Ponad wszystko, ponad wszelkie plany podboju świata i marzenia o nieśmiertelności. Codziennie, kiedy przekraczam próg mojej pracowni, czuję ten specyficzny i wspaniały zapach wyzwania i przeświadczenia, że oto dziś znów wydarzy się coś niezwykłego i nowego. I tego się trzymam.

2.17-Akryl-i-Monotypia-na-Płótnie-70x70cm-2017r.

Autonomia formy

Anita Wolszczak: Na swoim blogu napisałeś, że malarstwo gwarantuje przetrwanie we współczesnej rzeczywistości, w której „człowiek obrasta w cywilizacyjny tłuszcz”. Dlaczego to właśnie sztuka ma być lekarstwem? I czy aż tak negatywnie oceniasz kondycję dzisiejszego świata?

DSC_5426

Piotr Nogaj:  Nie tyle sztuka może być lekarstwem dla tego świata, ile posiadanie jakiejkolwiek pasji, dzięki której możemy się odłączyć, pożyć przez chwilę po swojemu we własnej rzeczywistości. Żyjemy w świecie, w którym łatwo popada się w globalną panikę czy zachwyt. Kondycja dzisiejszego świata, podejrzewam, nie różni się od tej z minionych lat, stuleci czy nawet tysiącleci. Ludziom towarzyszą te same emocje, uczucia, jak choćby miłość i nienawiść. Zmienia się jedynie scenografia. Każdy człowiek obrasta w cywilizacyjny tłuszcz, będąc bezlitośnie bombardowanym informacjami, przekonaniami, nakazami i zakazami. Od zawsze patrzę na wszystko z dystansem, jednak sam często wpadam w cywilizacyjne pułapki. Nie tyle próbuję się oczyścić poprzez sztukę, co oczyścić się, by ją poczuć.

7920516

Czy wyznajesz sięgające jeszcze renesansu przekonanie o tym, że każdy artysta ma swojego mistrza? Czy masz swoich mistrzów, z twórczości których czerpiesz inspirację, bądź których zwyczajnie sobie cenisz?

Jest wielu mistrzów, których cenię i przed którymi chylę czoła. Kiedy byłem nastolatkiem, odczuwałem potrzebę zgłębiania dorobku wielu mistrzów. Dziś wolę odkrywać samego siebie i podążać własną drogą.

Ukazanie dynamiki, ruchu na Twoich obrazach przypomina eksperymenty futurystów, którzy pragnęli ukazać istotę zmieniającej się w szaleńczym tempie cywilizacji. A co było Twoim zamierzeniem?

Malarstwo traktuję jak teatr, gdzie jestem zarówno reżyserem, scenarzystą, charakteryzatorem i aktorem. Moje postacie nie zawsze wyrażają dynamikę. Często są zawieszone w danej chwili. Bohaterowie moich obrazów najczęściej są uwięzieni w swoich myślach. Nie ukrywam, że lubię wprowadzać elementy niepokoju.

Na Twojej stronie internetowej możemy przeczytać, że podczas pracy… zjadasz pędzle. Co jest motorem tego działania?

No tak. 🙂 Na tyle intensywnie wchodzę w malarski trans, skupienie i szybki przepływ myśli, że najzwyczajniej w świecie aktywuję większą liczbę szarych komórek do działania, choć zwyczajniej byłoby po prostu żuć gumę. 🙂

W Twojej sztuce nie ma wątków religijnych, jednak porównujesz ją do modlitwy. Czy w sztuce można znaleźć metafizykę?

W sztuce przede wszystkim można odnaleźć siebie, a w sobie metafizykę. Przy odpowiednim skupieniu towarzyszącemu pracy twórczej można wręcz dotknąć nienamacalnego, nadać ciężar i życie powietrzu.

DSC_5386

Czy z każdej sztuki można stworzyć produkt komercyjny przynoszący zyski?

Wolałbym jednak, by sztuka nie stanowiła produktu komercyjnego. Każdy namalowany obraz, jeśli jest dobry, powinien przynieść zysk, jednak komercja i sztuka nie idą ze sobą w parze.

Która z technik malarskich daje najwięcej możliwości artyście? Która należy do Twoich ulubionych?

Wydaje mi się, że nie tyle technika daje artyście pole do popisu, co wiara we własne możliwości oraz głęboki stan uduchowienia artystycznego.

Oprócz malarstwa zajmujesz się grafiką, fotografią, rysunkiem oraz muralami. Czy Twoja twórczość różni się w zależności od techniki, czy może znajdziemy dla niej wspólny mianownik?

Rodzaj medium może wpływać na technikę, jednak wyraz pozostaje ten sam.

Na Twoim blogu pojawia się informacja, stawiająca Twoje malarstwo w świetle humanizmu. Napisałeś, że to właśnie człowiek stanowi centrum Twojej twórczości. Co w człowieku jest bardziej inspirujące – egzystencjalne rozterki czy przyziemne problemy?

Człowiek jako część natury i ruchomy element krajobrazu jest ciekawy w swojej istocie. Często poprzez rzeczy czy sytuacje banalne próbuję wejść głębiej w istotę problemu. Lubię w ten sposób kodować swoje postacie, by stawały się autonomicznym tworem, lubię przypisywać im pewne cechy. Tworząc postać, staję się nią niczym aktor wcielający się w różne role. To jest doznanie metafizyczne.

Jak przedstawia się sytuacja młodego twórcy sztuki w Polsce?

Trudno powiedzieć, gdyż każdy ma swoje wzloty i upadki. Nie znam zbyt wielu artystów, którzy uprawialiby tylko sztukę w ramach przeżycia.

Jak pisał Irving Stone w biograficznej powieści o Michale Aniele, sztuka to udręka i ekstaza. W jaki sposób sztuka może przynosić ukojenie oraz jaka jest z kolei ciemna strona jej tworzenia? 

S

Sztuka to ekstaza, jeśli jej doświadczamy. Udręką może stać się choćby brak formy, choć jej poszukiwania mogą nas często pozytywnie zaskoczyć i przynieść coś nowego. Czasem zdarza mi się zbytnio popłynąć z malarstwem i całe dnie spędzać tylko w towarzystwie płócien, wówczas ciężko po takim czasie wyjść i nawiązać kontakt z ludźmi, będąc cały czas uwikłanym w inną rzeczywistość.

Nad czym aktualnie pracujesz?

Przede wszystkim nad sobą i to się chyba nigdy nie zmieni. Jakiś czas temu zainteresowałem się synchronizacją kwantową, a konkretnie dwupunktem. Zacząłem tę technikę wykorzystywać na własne potrzeby. Chodzi o wejście w pole serca i aktywację prawej półkuli mózgu, przez co twórczość nabiera innego wyrazu.

Jakie dziedziny ludzkiej działalności są zdolne zainspirować Cię do tworzenia? Literatura? Film? Teatr? Polityka?

Od dłuższego czasu tworzę w totalnej ciszy, jednak były czasy, gdy potrafiłem włączyć obrady Sejmu pod malowanie. Obserwacja rodzi inspirację, więc inspiruje mnie dosłownie wszystko.

Czy próbowałeś swoich sił w tworzeniu sztuki przy pomocy innych mediów niż płótno i farba? Mam na myśli instalacje, wideo art, sztukę ziemi, performance, happening.

Kiedyś latałem z kamerą, lubiłem po klatkowe filmy, malowałem graffiti. Jednak w moim życiu wszystko musi przyjść naturalnie. Jeśli poczuję potrzebę wyrażenia się lub sprawdzenia poprzez inne medium niż malarskie, na pewno to zrobię. Póki co nie chcę się rozdrabniać, tym bardziej że malarstwo stwarza artyście nieograniczoną skalę możliwości.

DSC_5417

 

Andras Gyorfi – przed wystawą w Polsce

Anita Wolszczak: Czy wykształcenie w zakresie architektury miało wpływ na Pańskie postrzeganie malarstwa oraz twórczość artystyczną?

Andras Gyorfi: Oczywiście, że tak. W czasie studiów musiałem dużo rysować i kiedy zdobyłem już dyplom, byłem twórcą w pełnym tego słowa znaczeniu. Dyplom na Węgrzech jest niezwykle ważny.

Another hero in this summer, olej na płótnie, 80 x 80 cm, 2016

AW: Wystawy pańskich prac można było oglądać w Stanach Zjednoczonych, Chinach, licznych państwach europejskich. Czy zauważył Pan istotne różnice w odbiorze Pana twórczości przez publiczność azjatycką bądź amerykańską w stosunku do europejskiej? Czy może różnice te zachodziły również między widzami europejskimi?

AG: Preferuje widownię europejską. Lepiej pojmuje mój świat, historyczne odniesienia, mitologię. W Ameryce jestem dziwnym facetem, który maluje niezrozumiałe opowieści. Azjaci też są dziwaczni, ale kochają sztukę.

AW: Jak określiłby Pan kondycję współczesnej sztuki węgierskiej? Czy sytuacja na rynku artystycznym sprzyja młodym twórcom?

AG: Jeśli chodzi o węgierską sztukę współczesną, myślę, że potrzebuje więcej wsparcia od państwa, niestety nasi przywódcy preferują piłkę nożną. Węgry były w dużym kryzysie, tak samo jak inne wschodnioeuropejskie kraje. Ja mam szczęście, bo moja kariera zaczęła się 26 lat temu, więc teraz jestem znanym malarzem i klienci sami poszukują moich prac. Nie jest to łatwe dla młodego artysty, który zaczyna karierę w obecnych czasach. Nie jestem już młody, ale jeszcze nie całkiem stary. To najlepszy wiek.

AW: Dlaczego w pańskiej twórczości dominuje właśnie technika olejna?

AG: Uważam, że technika olejna jest najwspanialszą z technik malarskich. Uwielbiam się nią bawić. Miałem szczęście, że mój nauczyciel malarstwa był jednym z najlepszych artystów lat 60 i 70 i wszystkiego mnie nauczył. Organizował wystawy razem z Dalim. Nazywał się Endre Szász.

AW: Jak przebiega Pański proces twórczy? Czy pojmuje Pan twórczość artystyczną konceptualnie, jako przemyślaną, uporządkowaną ideę? Czy może działa to na zasadzie nieskrępowanego przelania podświadomości na płótno? A może jest jakaś inna droga?

AG: W głowie mam mnóstwo pomysłów. Czasem tworzę dużo obrazów bazujących na tej samej historii i tych samych motywach. Często bywało też tak, że zmagałem się z problemami twórczymi.

AW: Na którym etapie powstaje tytuł obrazu?

AG: Tytuły… czasem pojawiają się przed namalowaniem, a czasem po miesiącu. Zdarza się, że je zmieniam. Język węgierski jest bardzo bogaty i bywa, że nie jestem w stanie przetłumaczyć tytułu dla cudzoziemców. To wielka szkoda.

AW: Czy czerwone kule (pomidory?) będą motywem stale pojawiającym się w Pana twórczości? Może kiedyś przestaną pojawiać się na Pańskich obrazach?

AG: Czerwone kule nigdy nie znikną. Przynajmniej taka mam nadzieję. To mój symbol sukcesu osiągniętego w życiu.

pobrane (1)

AW: Obserwując Pańską twórczość, nie sposób nie przywołać w myślach dawnego malarstwa włoskiego czy flamandzkiego – Brueghela, Boscha. Chodzi o rolę krajobrazu, paletę barw, kompozycję, tematy. Jest to szczególnie widoczne w przypadku „The Lost Man”, „Into the Light”, „Babel under my Sea”. Czy to dobry trop?

AG: Brueghel i Bosch to moi mistrzowie. Mam nadzieję, że za 500 lat moje imię będzie tak samo ważne dla sztuki. Chociaż nie, lepiej, żeby to nastąpiło wcześniej(śmiech). Ale moim ulubionym artystą jest Max Ernst.

AW: Czy tworząc obraz, zamyka się Pan w pracowni? Czy pozwala się Pan obserwować w czasie pracy?

AG: Nie mam problemu z oglądaniem mnie przez innych ludzi podczas pracy. Wiele razy brałem udział w otwartych malarskich plenerach, np. w Meksyku czy USA. Nie jestem mnichem – potrzebuję konwersacji i refleksji widzów.

AW: Kto konstruuje znaczenie dzieła? Pan, jako jego twórca? Widz jako odbiorca? Czy może pańską sztukę należy rozpatrywać, posługując się zupełnie innymi kategoriami?

AG: Staram się sam nadawać znaczenie obrazowi, ale też zostawiam dla widza możliwości interpretacyjne. Mamy otwarte umysły i nie żyjemy już w czasach dyktatury. Przynajmniej mam taką nadzieję.

AW: Czy Pana doświadczenie dotyczące tworzenia scenografii do sztuk teatralnych było jedynie epizodem zawodowym, czy w jakikolwiek sposób wywarło wpływ na Pańską twórczość? Jak tworzy się dla teatru, a jak w pracowni malarskiej?

gyorfi_andras_1

AG: Scenografia była jedynie momentem mojego artystycznego życia. Wielu moich przyjaciół było aktorami i prosili mnie, by na ich scenie pojawiły się moje prace i stwory. Jako dobry druh, pomagałem im. Ale nie było to miejsce dla mnie, za to takim jest moje atelier. Malarstwo to jedna z najlepszych rzeczy na świecie, zachęcam wszystkich do spróbowania własnych sił w tej dziedzinie. Sam jestem samotnym wojownikiem, więc nie potrafię pracować z innymi ludźmi – a teatr to praca zbiorowa.

AW: Czy chęć sprzedaży obrazu rodzi w artyście dylematy na poziomie twórczym? Czy swoboda twórcza musi być ograniczona, kiedy artysta nastawiony jest na zysk z dzieła?

AG: Kocham moje obrazy, są jak moje własne dzieci, ale kocham też dostatnie życie, więc muszę je sprzedawać. Sztuka to dobry biznes, a ja chcę być dobrym biznesmenem. Nie zamierzam być biedny jak Van Gogh, moim ideałem pod tym względem są Dali i Picasso.

AW: Czy tworzy Pan czasem takie dzieła, które są przeznaczone do oglądania wyłącznie przez Pana?

AG: Tak, maluję obrazy tylko dla siebie i stanowią one moją sekretną kolekcję. Liczy ona od piętnastu do dwudziestu obrazów, ale czasem pokazuje je moim zaufanym kolekcjonerom. Jeśli są nimi zainteresowani, sprzedaję je im. Mówiłem Ci, że jestem dobrym biznesmenem(śmiech).

 

Wystawę prac węgierskiego artysty będzie można oglądać od 22 maja do 3 czerwca w gmachu Agory przy ulicy Czerskiej 8/10.

papirhajo

Proste i krzywe

 

Anita Wolszczak: Zacznijmy od nie tak bardzo odległych dla Ciebie czasów, czyli od studiów. Dopiero w zeszłym roku obroniłaś dyplom na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, a Twoje obrazy są już rozpoznawalne i coraz chętniej kupowane przez kolekcjonerów na aukcjach dzieł sztuki. Jak się dochodzi do artystycznego sukcesu?Figle, 90x90

Zuzanna Jankowska: Wydaje mi się, że nie ma jednego uniwersalnego przepisu na sukces. W moim przypadku na pewno pomogła mi ciężka praca, konsekwencja, słuchanie rad bardziej doświadczonych artystów, odrobina pokory oraz cierpliwość. No i przede wszystkim wiara w siebie i w swoje możliwości. Myślę, że ścieżkę do sukcesu dopiero zaczynam wydeptywać i wciąż przede mną wiele pracy.

AW: Studia na ASP dużo zmieniły w Twojej twórczości?

ZJ: Akademia wiele mnie nauczyła. Dopiero tam zaczął kształtować się mój styl. Gdy miałam 19 lat i ówczesną technikę, wiedziałam, że muszę się jeszcze wiele nauczyć. Piąty rok studiów był pod tym względem przełomowy. Wtedy zrezygnowałam z pracy grafika komputerowego i postanowiłam postawić wszystko na dalszy rozwój artystyczny. Na szczęście się udało.

AW: Dekoracyjny wymiar Twoich prac jest punktem wyjścia dla wielu poruszanych przez Ciebie tematów, jednak znakiem rozpoznawczym Zuzi Jankowskiej stały się zwierzęta. Kolorowe, dopracowane w szczegółach, często w towarzystwie barwnych wieloboków. Dlaczego świat fauny zajmuje tyle miejsca w Twojej sztuce?

ZJ: Mam wielką słabość do świata zwierząt. Doszukuję się u nich analogii do ludzkich problemów, pragnień oraz emocji. Widok zwierząt szalenie mnie rozczula i gra na mojej wrażliwości. Był to zresztą powód, dla którego rozważałam kiedyś studia na SGGW, więc zwierzaki mogły mnie skutecznie oderwać od życia artystycznego. Jednak mimo wyboru ASP, pozostały ze mną na stałe.

AW: Najnowszym cyklem, który cały czas kontynuujesz są „Perypetie XXI wieku”. Do pewnego czasu postaci ludzkie na swoich obrazach traktowałaś marginalnie. Dlaczego postanowiłaś poeksperymentować z przedstawieniami rzeźbionych figur?bananowe trofeum 120x100 (002)

ZJ: W tym cyklu chciałam zderzyć ze sobą klasyczną harmonię starożytnych oraz renesansowych rzeźb z trendami współczesnego świata. Jest to owoc moich przemyśleń oraz obserwacji. Np. na obrazie „Oderwani”, gdzie użyłam Grupy Laokoona, odniosłam się do zdobyczy nowoczesnego świata, które odwracają naszą uwagę od tego, co nas otacza. Skupiłam się tu głównie na roli rozwiniętej technologii telefonii komórkowej. Na tym obrazie znajduje się najwięcej ukrytych symboli oraz zachowań, które przypisuję standardom współczesnych czasów. Dlatego zapraszam do wnikliwej analizy.

AW: Oprócz tego, że malujesz, zajmujesz się również grafiką warsztatową. Ten rodzaj przekazu artystycznego wydaje się żmudną i ciężką pracą. Czy wykonywanie jej przynosi Ci satysfakcję na równi z malarstwem?

ZJ: Myślę, że tak. Ponieważ odnalazłam się w dużych formatach, to niestety mam pewne ograniczenia w dalszym rozwoju mojej serii „Speed”, którą będzie można obejrzeć na wystawie w officynie. W grafice bardziej skupiłam się na abstrakcyjnym przekazie. Zależało mi na połączeniu dwóch pasji – artystycznej z motocyklową. Jednak nie chciałam, aby było to banalne przedstawienie motocykli, stąd pomysł skoncentrowania się na doznaniach wizualnych. Tak powstały moje blachy. Gdy poszłam na ASP, czarno-biały świat wydawał mi się bliższy, jednak szybko zaprzyjaźniłam się z kolorem i dzięki temu zaczęłam malować.

AW: Pasja motocyklowa znajduje w Twojej sztuce większe odbicie, czy nawiązałaś do niej tylko przy okazji tworzenia cyklu grafik?oderwani 150x100 (002)

ZJ: Motocykle same w sobie stanowią dla mnie pewną inspirację artystyczną, jednak dopiero w pracy dyplomowej stały się one motywem przewodnim. Do tej pory namalowałam tylko jeden obraz z motocyklem, jako głównym tematem pracy. Jednak niewykluczone, że kiedyś znowu posłużą mi one za źródło artystycznego natchnienia.


AW: Za chwilę otwiera się Twoja duża wystawa w warszawskiej galerii officyna art&design. Jakiego rodzaju prace tam pokażesz? Czego oglądający mogą się spodziewać?

ZJ: Przede wszystkim będzie to okazja do pokazania w jednym miejscu mojego malarstwa i grafiki. Głównie ze względu na tę różnorodność każdy będzie mógł znaleźć coś dla siebie. Z obrazów zaprezentuję wspomniany już cykl „Perypetie XXI wieku”, a także kilka charakterystycznych dla mnie prac z motywem zwierzęcym. Wszystkie obrazy są malowane akrylem. Jest to do tej pory moja największa wystawa i w zasadzie pierwsza poważna ekspozycja w profesjonalnej galerii, w której mogę zaprezentować prawie cały dorobek twórczy z dziedziny malarstwa oraz grafiki. Jest to kolekcja, która powstawała przez ostatnie 3 lata – zaczynając od grafik z 2015 roku, a kończąc na obrazach z 2017. W sumie będzie można zobaczyć ponad 20 prac.

AW: Kolejnym krokiem po officynowej wystawie będzie…

ZJ: Na pewno będę dalej malować i dalej poszukiwać. Chcę docierać do coraz większej grupy odbiorców, a także łączyć moje prace ze sztuką użytkową. Jest spora szansa, że spróbuję swoich sił także za granicą, ale na razie więcej szczegółów nie zdradzę, żeby nie zapeszyć.

Ocieplony wizerunek 120x120 (002)

Oś czasu. Wystawa Jana, Michała i Krzysztofa Powałków

Anita Wolszczak: Przyznam, że pierwszy raz zdarza mi się rozmawiać z trójką artystów, których oprócz wspólnej pracowni łączą również więzy krwi. Przygotowując się do tej rozmowy, odwiedziłam waszą stronę internetową, na której jest napisane, że jesteście firmą rodzinną. Jak zatem działa firma rodziny Powałków? Jakie są jej główne założenia?

 

Jan, Michał, Krzysztof: Filarami naszej rodzinnej firmy są Jakość, Wartość i Sztuka. Jakość, gdyż dzisiaj w natłoku sztuki współczesnej, coraz rzadziej można odnaleźć rzetelne malarstwo, wykonane z zachowaniem wszystkich prawideł malarskich. Naszym zdaniem, świat współczesny takie cnoty, jak cierpliwość, czy rzemiosło (niezbędne w sztuce malarskiej, szczególnie olejnej), zamienił na szybkość i tandetę. W konsekwencji doprowadziło to w wielu przypadkach do zaniku jakości sztuki malarskiej.

Jeśli mówimy o Wartości, to wierzymy, iż za solidną jakością (m.in. wykonania pracy) pojawia się wartość, która nie przemija i nie przeminie wraz ze zmieniającymi się modami, czy tendencjami w obecnej sztuce. Trzecim filarem naszej rodzinnej pracowni-galerii jest po prostu pojęcie Sztuki. Chodzi o uniwersalną część szeroko pojętej kultury, o propagowanie sztuki oraz wartości, jakie ze sobą niesie. W społeczeństwie, w którym bardzo często ta cześć życia jest spychana na margines, a wręcz zapominana, potrzebni są ludzie zajmujący się sztuką i kulturą. Warto przypomnieć dosadne słowa Churchilla, wypowiedziane podczas wojny, gdy przyniesiono mu projekt budżetu, w którym nie uwzględniono pieniędzy na kulturę: „Jeśli nie ma kultury, to o co my, do cholery, walczymy?!”.

michal-80x60cm-6000zl

A.W.: W waszej firmie rodzinnej pracują również kobiety. Czy ich obecność nadaje równowagę męskiej pracowni, czy chodzi o coś zupełnie innego?

 

M.: Rodzice wypielęgnowali w nas chęć tworzenia. Rozbudzali wrażliwość na otaczające piękno. Tata dał nam warsztat, a mama energię i siłę, by móc wytrwać w tym, co robimy, bo mieliśmy momenty zwątpienia. Jeżeli chodzi o miłość, to żaden z nas nie wybrał kobiety swojego życia, biorąc pod uwagę jakiś konkretny cel. Ortensię poznałem we Włoszech, już prawie 10 lat temu. To w trakcie naszej znajomości dostrzegliśmy, jak dobrze się rozumiemy. Często rozmawialiśmy o tym, czym się zajmuję. Wtedy dużo projektowałem i tworzyłem ilustracje, malowałem. Sztuka stała się częścią naszego życia, bo Ortensia tworzyła bodypainting i makijaż artystyczny. Sprawiało i sprawia jej przyjemność obcowanie ze sztuką. Poznawaliśmy się, dopełnialiśmy nasze historie. A ponieważ zna kilka języków, z czasem umożliwiła nam nawiązanie kontaktów artystycznych we Włoszech, w Holandii. Do dziś – już moja żona – daje mi radość, chęć i inspirację do tworzenia nowych płócien. Jest także ich niezastąpionym krytykiem 🙂

 

K.: Kobiety są nierozłącznym elementem naszego świata, także artystycznego. Moja Celia i Ortensia Michała, mimo że pochodzą z dwóch różnych krajów (Hiszpania i Włochy), są do siebie bardzo podobne. Obie są naszymi muzami i wsparciem, bez których droga artystyczna, jaką wybraliśmy, byłaby o wiele cięższa. Celia López Vittori, bo tak brzmi pełne nazwisko mojej żony, jest z wykształcenia managerem sztuki, więc jej doświadczenie w pracy z różnymi galeriami w Europie jest nie do przecenienia. Pochodzi z Galicji (region w Hiszpanii) i jak na prawdziwą galicyjkę przystało, nie przebiera w słowach, jeśli coś jej się nie podoba w moim nowo namalowanym obrazie. Bardzo często dochodzi między nami na tej płaszczyźnie do słownych utarczek. Po siedmiu latach wspólnego życia przyzwyczaiłem się i wiem, że tam, gdzie jest dyskusja, powstają dobre obrazy.

O mamie z kolei można by napisać książkę, a nawet kilka tomów. To ona nas ukształtowała i rozpaliła w nas ogień do działania. Bez jej mądrych rad z pewnością nie malowalibyśmy teraz obrazów. Do tego trzeba odwagi. Zawsze powtarzam, że tata wskazał nam drogę, a mama dała nam siłę, żeby nią kroczyć.

 

A.W.: Czyli mam rozumieć, że artystyczna historia waszej rodziny zdeterminowała wybór ścieżek kariery? Czy kiedykolwiek myśleliście o innym sposobie na życie?

 

M.: Sztuka pod każdą postacią i przeżywanie jej każdego dnia otaczały nas od najmłodszych lat. Regały pełne książek, rozbudowana filmoteka, obrazy na ścianach, piękna muzyka i tata malarz nie dały mi jednak całkowitej pewności, że to właśnie malarstwo będzie moim sposobem na życie. Po dziś od prawie 20 lat trenuję brazylijską sztukę walki capoeira, przy której odrywam się na moment od moich płócien. Studiowałem fotografię w Łodzi, później projektowanie graficzne na Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach. Potem zaczęła się moja włoska przygoda. Zacząłem z Krzyśkiem pracować w teatrze przy dekoracjach w Peschiera del Garda na północy Włoch. Z czasem zacząłem pracować także jako freelancer tworząc grafiki dla prywatnych firm, ilustracje do książek dla dzieci, podręczników, projekty concept art do gier. Rozwijałem umiejętności obsługiwania programów graficznych. Szedłem inną drogą i w końcu zaczęły mi doskwierać ciągłe ograniczenia twórcze. W mojej pracy byłem zbyt zależny od klienta, wydawcy, odbiorcy, do którego kierowany jest konkretny produkt. Choć farby olejne zawsze były obecne w mojej pracowni we Włoszech i powstało tam sporo nowych prac, brakowało mi malarstwa, w którym nie zwracałem na nikogo uwagi, gdzie byłem tylko ja, płótno i moja wizja. Od kilku lat maluję już bez żadnych ograniczeń. Całkowicie porzuciłem branżę projektową na rzecz pracy twórczej.

 

K.: W moim przypadku, poza drobną fascynacją witrażem w liceum plastycznym, zawsze myślałem o malarstwie. Po liceum w grę wchodziło jeszcze prawo i AWF, jednak sztuka zwyciężyła. Chciałbym wspomnieć też o brazylijskiej sztuce walki, jaką jest capoeira. Zajmujemy się nią z bratem już od ponad 20 lat, więc malarstwo i capoeira, mimo że należą do zupełnie innych światów, musiały znaleźć nić porozumienia.

 michal-timeline-80x150cm-15000zl

 

A.W.: Pracownię, w której tworzycie założył pan Jan. W jakim stopniu oddziałujecie na siebie? Czy często dochodzi do twórczej wymiany myśli, a może wręcz do artystycznych sporów?

 

M.: Łatwo nie jest. Każdy z nas potrzebuje swojej przestrzeni. Jesteśmy różnymi ludźmi, mieliśmy różne doświadczenia. Z bratem długo przebywaliśmy za granicą, ale każdy z nas pracował osobno. Mamy swoje nawyki. Od niedawna żyjemy w Polsce i malujemy we wspólnej pracowni. Godzimy się, współpracujemy, motywujemy nawzajem, bo to wynieśliśmy z domu. Na pewno w dużym stopniu oddziałujemy na siebie, malując w jednej pracowni, wymieniamy się doświadczeniami, nabywamy nowe. Udoskonalamy nasz warsztat twórczy, mamy podobny gust, podczas pracy słuchamy podobnej muzyki. Nawet jeden z ostatnich obrazów – „Próba sił” – stworzyliśmy razem. Była to bardzo trudna praca, ale pouczająca, bo każdy z nas, choć tak podobny, jest jednak zupełnie innym człowiekiem. Myślę, że takie większe, wspólne projekty malarskie – „two brushes one painting” – będą co jakiś czas powstawać. Z kolei tata woli malować sam, w ciszy i spokoju. Lubi szukać swoich światów, nie rozpraszany przez nikogo z zewnątrz.

 

K.: Wszystko zależy od dnia. Pracujemy teraz wspólnie, obok siebie w jednej pracowni, a przez wiele lat żyliśmy w różnych krajach – tata w Polsce, ja w Hiszpanii, a Michał we Włoszech. Wydaje mi się, że ta rozłąka ukształtowała nasze odmienne podejście do sztuki (a tata, oczywiście, kształtował swoją drogę artystyczną długo przed naszymi narodzinami). Po powrocie zza granicy spotkaliśmy się znów na małej, wspólnej przestrzeni. Często, gdy malujemy z bratem, dochodzi między nami do artystycznych sporów, nawet czasami przy tej okazji „latają” pędzle. Najczęściej jednak, przy muzyce (zawsze musi być jakaś muzyka) jest dużo wygłupów i śmiechu. W końcu pasja, jaka by nie była, musi sprawiać frajdę i nieść pozytywną energię, która jest motorem do dalszej pracy.

 

A.W.: Kilkuletnie pobyty za granicą musiały zostawić w was jakiś ślad. W jaki sposób wyjazdy wpłynęły na waszą twórczość? Czy odbiły się również na sztuce pana Jana?

 

J.: Moje wyjazdy za granicę oraz pobyty chłopców nie miały większego wpływu na moją twórczość. Kontakty z innymi nacjami utwierdziły mnie tylko w przekonaniu, że wszędzie ludzki byt toczy się wokół takich samych problemów. Ludzie toczą takie same gry społeczne. Są napędzani takimi samymi emocjami.

 

M.: Nie sądzę, by wyjazd do Włoch i sam pobyt w tym miejscu wpłynęły jakoś znacząco na moje obrazy. Natomiast oderwanie od domowego ogniska (już prawie 10 lat temu) zaowocowało nowymi kontaktami, rozmowami, znajomościami, które wzmocniły we mnie chęć podjęcia tematu, którym jest człowiek. Nie ma tu znaczenia, czy jest Włochem, Polakiem, czy Niemcem, jego problemy pozostają te same. Kompozycje, przedstawienia, przestrzenie, w których umieszczam postacie były raczej zawsze częścią mnie i mojej wyobraźni. Takim trochę wewnętrznym, zamkniętym światem.

 

K.: W moim przypadku, pobyty za granicą potwierdziły tylko to, o czym myślałem wcześniej, rozmyślając o sztuce (w tym przypadku o malarstwie). Bez względu na szerokość geograficzną, coraz więcej młodych artystów chce bardzo szybko tworzyć swoje dzieła. Według mnie coraz mniej liczy się jakość, a coraz bardziej liczba wyprodukowanych „dzieł”. Nieważny jest przekaz, treść zawarta w obrazie, ważna jest tylko forma, co bardzo często sprowadza malarstwo do „ikeowego pacykarstwa”. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, iż sztuka malarska (pomimo tego, że tak wiele osób się nią dzisiaj para) jest nagminnie sprowadzana tylko i wyłącznie do roli dekoracyjnej (czasami wręcz do żadnej). A według mnie jest to tylko jedna z wartości, jaką powinno nieść malarstwo. Jednak najważniejszym śladem (teraz to już całym tabunem śladów) także na mojej twórczości, który pozostawiła we mnie zagranica, jest żona z Hiszpanii.

 

A.W.: Krzysztof, o swoich przekonaniach na temat sztuki często wypowiadasz się publicznie, zamieszczając swoje opinie na kanale YouTube. Czy to właśnie „ikeowe pacykarstwo” skłania Cię do tych, często kontrowersyjnych wypowiedzi?

 

K.: Youtubem zainteresowałem się w Barcelonie. To tam nasiliły się moje rozterki na temat sztuki. Cykl „O sztuce po polsku” powstawał pod wpływem prawdziwych doświadczeń, był tworzony na gorąco, stąd emocje, które towarzyszyły nagrywaniu były ogromne. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że dla mnie sztuka to nie zabawa, to życie. Zabawa to tylko część naszej drogi, którą musimy przejść. Niestety ze względu na brak czasu nie byłem w stanie kontynuować moich monologów, choć tematów nie brakuje. Wolałem malować obrazy tak, żeby słowa poparte były czynami. Patrząc z perspektywy czasu na zaczęty wówczas cykl, podpisuję się pod nim obiema rękoma, choć dzisiaj odczuwam mniejsze emocje, kiedy pojawiam się w galeriach sztuki współczesnej. Pojedynczy krzyk w dzisiejszym świecie nic nie da, liczę na moje malarstwo. 

 

A.W.: W waszym malarstwie widać podobieństwo, które może wynikać ze wspólnego wychowania się, obcowania, wspólnej przestrzeni do pracy. Jak moglibyście zdefiniować styl, w którym tworzycie?

 

M.: Ja widzę prawie same różnice 🙂 Inaczej zaczynamy obraz, nakładamy farbę, używamy trochę innej palety barw, ale może ja widzę tyle tych różnic, bo codziennie mam styczność z naszymi obrazami. Jest też przecież wiele podobieństw. Szczególnie w temacie obrazu. Wychowywaliśmy się razem, mieszkaliśmy w jednym pokoju, który do tej pory jest wypełniony najróżniejszymi naszymi skarbami. Czytaliśmy te same książki, razem oglądaliśmy filmy. Mamy bardzo podobny sposób myślenia, ale jednak jesteśmy różnymi ludźmi. Uzupełniamy się. Przez lata kształtowaliśmy swoje opinie o sztuce. Dobry realizm jest rzadkością, brakuje nam go w galeriach współczesnych. To dlatego wybraliśmy tę drogę, a nasze malarstwo jest figuratywne. Wyglądając przez okno, każdego ranka uświadamiasz sobie, że świat pędzi i zmienia się jego wygląd. Nowa, zmieniona, współczesna rzeczywistość, sytuacje, ludzie dostarczają za każdym razem nowych, niepowtarzalnych inspiracji. A w inspiracji najważniejsza jest dla mnie wieloznaczność, poszukuję jej w obrazach i chciałbym, aby widzowie również ją dostrzegli. W naszym malarstwie jest także wiele z symbolizmu i surrealizmu. Nie jesteśmy jednak w stanie zdefiniować dziś stylu naszych prac. Może to przyjdzie z czasem.

 

K.: To trudne pytanie, na które szukamy odpowiedzi. Z nazw, które istnieją i grupują malarstwo według pewnych kryteriów najbliższy nam będzie symbolizm, realizm, surrealizm. Jednak dla mnie jednym z najważniejszych celów, jakie sobie wyznaczyłem w malarstwie jest bycie zrozumiałym. Często, bywając w galeriach czy muzeach, sam zadawałem sobie pytanie, patrząc na kolejne płótno: „a co artysta miał na myśli?”. Chciałbym, aby odbiorca patrząc na moje prace, zadał sobie trud i odgadł moje intencje, żeby zrozumiał obraz tak, jak ja go rozumiałem, gdy go tworzyłem. Oczywiście, to pewna idea. Zdaję sobie sprawę, że do tego potrzeba interesującej formy, która przyciągnie wzrok widza, która zatrzyma go na kilka sekund i da mu czas na zastanowienie się, zagłębienie w treść obrazu. Forma jest przynętą, która powinna wciągnąć widza w pułapkę, w treść, przekaz, ideę. Jasne jest, że każdy z nas jest innym człowiekiem i każdy będzie widział w obrazie coś innego. To działa na korzyść pracy, nadając jej nieskończenie wiele znaczeń i sensów. Z przymrużeniem oka powiem, że mój styl to MEANizm, gdyż często w galeriach na całym świecie słyszy się: „what does it mean?”.

krzysztof-muza-opuszczona-3-150x200cm-8000zl

A.W.: Malując, często posługujecie się przedstawieniami ludzkiego ciała, jego ekspresją, anatomią, sposobem ułożenia. Jakie znaczenie ma dla was ciało? Czy przypisujecie inną symbolikę ciału kobiecemu i męskiemu?

 

M.: Ciało jest dla nas „tworzywem” i ideą, ciało piękne i brzydkie zarazem (jedno nie wyklucza drugiego), a wszystko to dzięki osi czasu, w którą jesteśmy wpisani. Bo czas nas zmienia, również fizycznie, jak np. w moim obrazie „Timeline”. Dzisiaj najczęściej traktuje się ciało bardzo przedmiotowo. Unika się refleksji na temat ekspresji ruchu, emocjonalności formy, piękna gestu. Rozmowy na taki temat często kończą się śmiechem i spłyceniem wątku do bardzo przyziemnego. Generalnie każda rozmowa związana z uczuciami jest odrzucana. Ludzie nie potrafią o tym mówić, boją się, zamykają. Pokazuję, że tak nie powinno być. Nagie ciało ludzkie łączy człowieka na przestrzeni wieków. W wielu obrazach staram się, by samo przedstawienia ludzkiego ciała – męskiego, czy kobiecego – oddawało emocjonalny charakter sytuacji, było wielopłaszczyznowe, ponadczasowe.

 

K.: Ciało ludzkie jest po prostu bardzo piękne bez względu na to, czy to kobieta, mężczyzna czy trzecia płeć. Nie ma znaczenia, czy ktoś ma 80 czy 20 lat. Podoba mi się różnorodność i niepowtarzalność ludzkich ciał. Trudno jest mi zrozumieć np. chirurgię plastyczną (związaną z urodą), która upodabnia twarze ludzkie jedne do drugich, odczłowieczając je przy tym. Doświadczyłem tego w Kalifornii i Monte Carlo, gdzie po wejściu do lokalu wydawało mi się, że jestem w jakimś olbrzymim akwarium pełnym tych samych dwunogich ryb męskich i damskich. Zgroza. Co do symboliki nagich ciał – moim zdaniem nagie ciało, nieokryte i pozbawione gadżetów jest prawdziwsze. Ludzie są prawdziwsi. Trudniej jest kogoś udawać, trudniej się maskować, jest się po prostu bardziej szczerym. I na odwrót, szczery to nagi. Dlatego wydaje mi się, że każda naga postać, pojawiająca się na moich obrazach to jakby naga dusza, zapraszająca do wnętrza człowieka, czy do dogłębnego zrozumienia danej sytuacji, przekazu, idei.

 

A.W.: W swoich pracach często odnosicie się także (szczególnie Krzysztof) do konsumpcjonizmu i przywar współczesnego społeczeństwa. Czy w rzeczywistości odbieracie je tak krytycznie, jak na swoich płótnach, czy jest to raczej forma upomnienia?

 

K.: Jest to temat na bardzo długą rozmowę. Treści jakie poruszam w swoim malarstwie bazują na mojej filozofii i podejściu do życia. Nie jestem w stanie malować (opowiadać) o rzeczach, których nie czuję, których nie doświadczyłem, czy też nie widziałem. Dzisiejszy świat jest konsumpcyjny, zapewne zawsze był, jednak dzisiaj za sprawą Internetu i innych mediów, skurczył się bardzo, ale przy okazji negatywne cechy ludzkie zostały wyolbrzymione (w końcu plotka, news, żywi się tragedią). Czasem wydaje mi się, że samo istnienie sieci internetowej, masy gadżetów technologicznych powoduje, że ludzie oddalają się od siebie, kontaktują się rzadziej (fizycznie), mniej wnikają w istotę spraw, mniej analizują, żyją powierzchownie, tymczasowo oddzieleni od siebie niebieskimi lustrami monitorów, przytłoczeni nadmiarem informacji. Na przykład nie tak dawno jeszcze, żeby powiedzieć komuś „cześć”, trzeba było sobie zadać trud i stanąć przed kimś twarzą w twarz. Dziś nie jest to już potrzebne. Przykład jest infantylny, ale trafny. Zdaję sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie zatrzymać tych zmian, ale przynajmniej nie zapominajmy o pięknych, wartościowych rzeczach, sytuacjach, emocjach, naturze, etc… które towarzyszyły ludziom przed nastaniem ery technologicznej nowoczesności i obojętności. Przez moje malarstwo chcę zwrócić uwagę na problemy tego świata, chcę, żeby ludzie zatrzymali się i zastanowili. Do tego potrzebne jest nawiązanie kontaktu z odbiorcą. A żeby to osiągnąć, forma malarska musi być na tyle interesująca i czytelna, żeby przyciągnęła wzrok widza.

 

M.: U mnie też pojawia się tematyka, która pokazuje problemy współczesnej cywilizacji. Pokazuje wady i przywary otoczenia, w którym żyjemy, problemy ludzi, które dotykają także nas wszystkich na co dzień. Staram się to jednak ukrywać w obrazach i nie pokazywać w zbyt oczywisty sposób. Tak, by pozostawić widzowi dopowiedzenie. Poszukuję w pracach złotego środka. Szukam wyjścia z problematycznej sytuacji bohaterów. Z pewnością upominam, ale nie piętnuję. Zwykle to światło w większości moich obrazów jest tym, co wnosi dużo nadziei i optymizmu.

 

A.W.: Skąd bierze się apokaliptyczny sposób przedstawiania świata w obrazach pana Jana?

 

J.: Z życia. Ponieważ życie każdego z nas to apokalipsa. Ponieważ żyjemy ze świadomością, że koniec jest jasno określony, a wszystkie nasze codzienne sprawy bardziej radosne czy bardziej dramatyczne są tylko wypełnieniem czasu pomiędzy. Ponieważ jesteśmy zawieszeni pomiędzy jedną formą istnienia, a drugą. Pomiędzy destrukcją a odbudową. Pomiędzy świtem a zmierzchem. Ponieważ codziennie balansujemy na granicy nicości i wielkości.

 

AW: Jedną z pierwszych rzeczy, jakie nasuwają się na myśl, gdy stanie się przed waszymi obrazami jest niebywała konsekwencja, z jaką powracanie do tematu człowieka. Malarzy, których zachwyciła ludzka natura na przestrzeni wieków było wielu. Czy jesteście w stanie wskazać artystów, którzy w jakiś sposób byli dla was inspiracją?

 

M.: K.: Temat człowieka przynosi wciąż niebywałe inspiracje. Świat się zmienia, a Człowiek ze swoimi problemami pozostaje ten sam. Jednak kontekst, w jakim się znajduje, elementy świata współczesnego, zdarzenia, sytuacje nadają nowego wymiaru pracy przy zgłębianiu tajemnicy, którą kryje postać ludzka. Na pewno jest wielu artystów w historii sztuki, którzy pośrednio wpływali na nasze malarstwo, bo dużo oglądamy, odwiedzamy stałe i czasowe ekspozycje. Bardzo podobają nam się obrazy Solomona Josepha Solomona, wielopostaciowe malarstwo Delacroix, malarstwo Johannesa Vermeera van Delft, atmosferę w pracach Williama Blake’a, czy ilustracjach Gustava Dore’a. Poza tym bardzo cenimy twórców takich jak: Akseli Gallen Kallela, Alfons Mucha, Ilya Repin oraz polscy – Józef Brandt, Jerzy Duda-Gracz, Jacek Malczewski, Zdzisław Beksiński i wielu innych realistów, symbolistów i surrealistów.

 

A.W.: W chwili, gdy prowadzimy tę rozmowę, kształtu nabiera wystawa, którą przygotowujecie w warszawskiej galerii officyna art & design. Ma ona stanowić retrospektywę waszej dotychczasowej twórczości. Czy moglibyście przybliżyć odbiorcom co dokładnie będzie można na wystawie zobaczyć?

 

J.: Oprócz wielu moich obrazów olejnych, na wystawie będzie można zobaczyć mały fragment dużej serii rysunków konferencyjnych. Powstały one podczas licznych spotkań, narad, posiedzeń różnych gremiów, i są podświadomym zapisem atmosfery każdego z nich.

 

M.: Zapraszam wszystkich gorąco na naszą wystawę pod tytułem „Oś czasu”, na której będzie można zobaczyć ponad 60 naszych prac. Ponad 50 prac to obrazy olejne, reszta to rysunki i szkice. Moich prac będzie około 20. Przedstawię zarówno obrazy, które namalowałem we Włoszech w 2015 i 2016 roku („Timeline”, „Czerwone Domy”, „W cieniu sztandarów”, „Morska Kołysanka”, „Popiół”), jak również te najbardziej aktualne, nigdzie dotąd niepokazywane. Ostatni ukończyłem tydzień temu.

 

K.: Na najbliższej wystawie chciałbym pokazać obrazy nowe i nieco starsze. Te, które powstały za granicą oraz w Polsce. Pojawią się obrazy wielkoformatowe mające do 3 metrów długości oraz formaty mniejsze, tzw. miniatury. Wszystkie wykonane techniką olejną.

Wystawa będzie prezentowała prace trzech artystów połączonych więzami krwi. Myślę, że taka gratka nie zdarza się zbyt często. Każdy koneser sztuki, bez względu na wiek, znajdzie tu coś dla siebie. Jedno jest pewne – gwarantujemy jakość, wartość i sztukę.

 

AW: Na wystawie będzie można obejrzeć szczególny obraz, o którym była mowa już wcześniej – „Próba sił”. Szczególny, bo po raz pierwszy namalowany wspólnie przez Michała i Krzysztofa. Czy w życiu artystycznym też się ze sobą mierzycie, czy raczej współpracujecie?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

M., K.: W życiu codziennym raczej nie konkurujemy ze sobą. To forma zdrowej rywalizacji, która ma na celu podniesienie naszych umiejętności. „Próba sił” i wszystkie skrzynie wypełnione obrazami już dotarły do Warszawy J i czekają na montaż wystawy. Sam obraz jest częścią większego projektu. Od czasu do czasu będą powstawać tego typu prace. Będąc braćmi i malując w jednej pracowni chcieliśmy stworzyć obraz łącząc siły na jednym płótnie, praktycznie w tym samym czasie. Można zobaczyć krótką wideo historię tego obrazu na vimeo (zobacz tutaj). Całe to przedsięwzięcie malarskie było niesamowitym wyzwaniem, a przede wszystkim lekcją dla nas obu. Jesteśmy mimo wszystko różnymi ludźmi, każdy z nas miał inną wizję tego samego tematu. Dlatego w trakcie prac bardzo dużo rozmawialiśmy o kompozycji, kolorze, nakładaniu plam. Było dużo spięć, ale uzupełnialiśmy się nawzajem. „Próba sił” jest obrazem wieloznacznym. Są tu pokazane dwa światy, materialny i niematerialny. Być może całość kompozycji jest tylko złudzeniem, bądź skrawkiem jakiejś rzeczywistości przeszłej lub przyszłej umiejscowionej na linii czasu. Być może jest to zapętlona, powtarzająca się historia, przedstawiająca zmaganie się dwóch postaci w dynamicznym uścisku, splocie oraz dwóch innych, które je odciągają. Widać tu konflikt, różnice zdań, próbę wymuszenia siłą swoich racji, ale też próbę ratowania sytuacji, próbę rozwiązania problemu. Może cała ta sytuacja jest tylko wspomnieniem, dzieje się w czyjejś głowie, jest próbą znalezienia złotego środka.

 

A.W.: Jak postrzegacie swoją sztukę w przyszłości? Jaki jest wasz artystyczny cel?

 

J.: Ja już jestem w przyszłości. Mam blisko 60 lat J Stawianie sobie celów zostawiam przypadkowi. Obserwowanie życia codziennego na pewno zrodzi nowe, kolejne obrazy, rysunki.

 

M.: Przede wszystkim trzeba brnąć do przodu. Szukać nowych idei twórczych. Wytrwale pracować nad warsztatem i malować każdego dnia. Przyjmować konstruktywną krytykę. Nie denerwować się z powodu osądu innych ludzi, artystów, krytyków sztuki – przyjąć opinie spokojnie, przeanalizować. Jeżeli trzeba, wprowadzić w życie. Jeżeli nie, robić dalej swoje. Chciałbym, by grono odbiorców mojej sztuki ciągle się powiększało, bo tworzę dla ludzi, a nie pustych sal. Nie wiem, jaki kierunek obierze moje malarstwo w przyszłości, ale musi być ono wynikiem aktualnego dorobku artystycznego. Nie chcę iść na skróty 🙂

 

K.: Myślę tak, jak brat 🙂

 

Warszawa, styczeń 2017

Szalony koń, szalona ona czyli szalone obrazy Miro Białego

26 zjazd z jasnej góry 80x 120 (2)

Miro, a właściwie Mirosław Biały urodził się w 1966 roku. Ukończył Liceum Plastyczne w Lublinie a Wyższą Szkołę Graficzną w Danii (Den Grafiske Højskole). Malarstwo od najmłodszych lat pozostaje jego pasją i zawodem.

Sporo podróżował. Wspomina z humorem, że był w Nowym Sączu i w Nowym Yorku. Jak sam mówi: wszędzie poznawał, poznawali jego i poznawali się na nim. Dziesięć lat spędził w Danii. Studia w Kopenhadze poświęcił na szkolenie w grafice komputerowej. Tworzył plakaty, rzeźbił, zajmował się ceramiką i ilustracją książkową. Projektował dla Amnesty International i innych organizacji pozarządowych oraz prywatnych firm.

Wielokrotnie wystawiał w Skandynawii, Niemczech, Holandii i w Polsce. Swoje prace sprzedaje głównie poprzez galerie w Warszawie, Krakowie i Lublinie. Współpracuje z Domem Aukcyjnym Art in House. Jego prace można znaleźć w prywatnych kolekcjach na całym niemalże świecie. Na ostatniej maturze z języka polskiego (2016 rok) to właśnie obraz Mira przypadł uczniom do egzaminacyjnego opisania.

Jego ulubioną formą wyrazu pozostaje malarstwo, a w jego twórczości można wyodrębnić kilka styli: akty, Dokąd idziesz synu 81x134figuratywizm, koloryzm, mateforyzm, surrealizm i ekspresjonizm. Sam to co robi określa jako fragmentaryzm metaforyczny lub momentaryz fragmentaryczny. Leitmotivem jego wszystkich prac jest człowiek. Mężczyźni często przedstawiani są jako pajace lub melancholicy, kobiety kształtem przypominają gruszki. Groteskowi i na swój sposób piękni. Na pozór wesołe postacie skrywają zagubienie, zmęczenie, osamotnienie w tłumie. Miro Biały używa nasyconych kolorów, często zestawia je w kontrastowych kompilacjach. Malowane postacie obrysowuje czarnym konturem, odcinając je wyraźnie od tła.

Jego obrazy prawie zawsze budzą w widzach emocje: wzruszają, śmieszą, obrażają a nawet ranią.

Prace Mira Białego do końca wakacji można oglądać w galerii officyna art&design, przy Al. Jerozolimskich 107 w Warszawie (http://www.officyna.eu/), później przejeżdżają na ekspozycję do Wiednia (wernisaż 17 września w Piwnicy Takt http://taktkultur.at/pl/)

 

Szalony koń i szalona ona czyli Szał według Miro Białego

szalony-kon-i-szalona-onaSzał lub Szał uniesień to obraz reprodukowany we wszystkich prawie podręcznikach do literatury Młodej Polski. Powstał w 1894 roku i jest jednym z najbardziej znanych polskich obrazów. Trzymetrowe płótno, przedstawiające postaci naturalnej wielkości wystawiono po raz pierwszy w warszawskiej Zachęcie 18 marca 1894 roku. Wystawie towarzyszyła atmosfera sensacji i skandalu. W pierwszym dniu obejrzało go tysiąc widzów, a przez 36 dni trwania ekspozycji w sumie 12 tysięcy osób. Mimo dużego zainteresowania obraz nie mógł znaleźć nabywcy. Cena, jaką oferował kupiec, była trzykrotnie niższa od żądanej przez artystę. Tuż przed planowanym zakończeniem ekspozycji, w 37 dniu wystawy Podkowiński rzucił się na płótno pociął je nożem. Niedługo później malarz zmarł. Krążyły plotki, że na obrazie została sportretowana kobieta z towarzystwa, którą artysta miał darzyć nieodwzajemnionym uczuciem. Zniszczenie obrazu i przedwczesna śmierć Podkowińskiego podsyciły te spekulacje, dodatkowo pogłoski o samobójczej śmierci artysty przyczyniły się do zbudowania legendy dzieła. Po śmierci autora obraz został odrestaurowany przez Witolda Urbańskiego, a następnie kupiony przez Feliksa Jasieńskiego, jednego z największych młodopolskich krytyków i kolekcjonerów sztuki,  i przekazany w darowiźnie Muzeum Narodowemu w Krakowie, w którego zbiorach znajduje się od 1920 roku

Gama kolorystyczna dzieła jest raczej skąpa – składa się z czerni, brązów i szarości skontrastowanych z bielą i żółcienią. Obraz dzieli się na część jasną i ciemną. Lewy górny róg jest rozświetlony, kierując uwagę na jasną postać kobiety i pysk konia. Prawa strona obrazu przedstawia skłębiony mrok, w którym z wysiłkiem można dostrzec koński zad i ogon

W obrazie dopatrywano się nawiązania do przedstawień  mitu o Europie – nagiej kobiecie siedzącej na grzbiecie byka. Współcześni Podkowińskiemu twórcy młodego pokolenia widzieli w śmiałym obrazie  manifest nowej sztuki, buntującej się przeciwko zastanym kanonom. Ówcześni krytycy podkreślając wyjątkowość dzieła, wzbraniali się jednak przed zakwalifikowaniem go do jakiegoś nurtu. Obecnie przyjmuje się obraz jako dzieło prekursorskie dla nurtu symbolizmu w malarstwie polskim.

To właśnie dzieło zainspirowało Miro Białego do namalowania obrazu Szalony koń szalona ona – specyficznej polemiki z kontrowersyjnym płótnem sprzed ponad 120 lat.

Obraz Białego nie jest duży – ma zaledwie 60×80 cm i został utrzymany w jasnych barwach. Górna część płótna została rozświetlona, dolna przyciemniona – jak w oryginale, nie zaburza to jednak rozpoznania kształtów. Biały, bezgrzywy koń, spoglądając na widza, szeroko się uśmiecha umalowanymi ustami. Uśmiech ten jest nieomal zalotny. Na jego grzbiecie siedzi na oklep naga blondwłosa kobieta. Nie widzimy dokładnie jej twarzy. Rysy ma rozmyte. Nie musi przytrzymywać się grzywy, której nie ma, bo koń lekko tylko unosi przednie nogi, jakby przeskakiwał przez gałąź. Kobieta delikatnie przytrzymuje więc konia za szyję w geście, jak gdyby chciała go pogłaskać. Postaci od tła, jak zawsze u Miro Białego, oddziela czarny kontur. Cała kompozycja jest bardzo spokojna, statyczna. Żadnego galopu, żadnej dzikości. Wszystko przypomina raczej scenę na karuzeli. Brakuje tylko prętów mocujących figurę konia.

Malarz nawiązuje do wspólnoty kodu kulturowego i puszcza do widza oko.

Uczucie, które budzi się w widzu to rozbawienie i zaskoczenie dalekie od wzburzenia jakie towarzyszyło oglądającym pierwowzór. Coś, co kiedyś szokowało, dzisiaj bawi. Zabawa konwencją – zabawne, prawda?

gdzie jest moja szuflada 80x120 na plazy we dwie 102x137 gdzie leziesz baranie 60x80 BIALY malarstwo6